— Życzeniem mojém jest oszczędzając o ile możność królewicza czułość — dodał Brühl — naradzić się z N. królewiczową.
Guarini skłonił głowę, a Sułkowski nieznacznie ramionami ruszył i na Brühla rzucił przelotne wejrzenie wyrażające niezadowolenie.
— Idźmy więc wszyscy do pani — rzekł sucho — bo chwili niéma do stracenia.
Brühl spojrzał na swój ubiór podróżny.
— Nie mogę się tak przedstawić — odparł — idźcie wy, panie hrabio z ojcem Guariniem; ja suknie każę przynieść do zamku i przebrać się muszę.
Sułkowski w milczeniu przyjął ten wniosek O. Guarini potwierdzając go skinieniem i zwrócił się ku drzwiom. Brühl padł na krzesło jakby się na nogach utrzymać nie mógł.
Dosyć niechętnie wysunął się za Jezuitą Sułkowski, zostawiając za sobą Brühla, który się sparł na ręku i zadumał.
Dumanie to i spoczynek wszakże, nie trwały tylko tyle czasu, ile potrzeba było, ażeby oba wysłańcy znikli w ciemnych przejściach pałacu; Brühl podniósł się żywo, prędko podbiegł ku drzwiom, otworzył je i okiem rzucił po sieni.
Kamerdyner stał jakby na rozkazy czekając.
— Proszę was, pazia Berlepsch’a do mnie, a żywo...