— Pani Pawłowa, z pozwoleniem, do czego te spodniczki, suszycie, czy co? — Ale nic mu nie odpowiedziano.
Jan był uciekł w pierwszej chwili tylnemi drzwiami, a Julusia upadła w kącie, nagarniając na siebie włosy, suknie, stoły, ławy i co pochwycić mogła.
Pawłowa słabła ze strachu wielkiego.
— To on tu niechybnie przyjdzie w nocy i ze szczętem nas powybija jak pszczoły! rzekła łamiąc ręce. — A świadczę się wami, co ja temu winna? Ja głupiej dziewczynie ciągle mówiłam: — Ej dajcie pokój, bo to się źle skończy. A cóż kiedy mnie nie słuchali. Teraz, ja wiem, wszystko spadnie na mnie. Tak to kiedy nieboszczyk mój potłókł się w tej nieszczęsnej karczmie, albo myślicie ja tam byłam? A taki zawsze mnie ostatnia bieda. Żeby tu było kogo zostawić, jabym do was poszła, panie Marcinie, póki pierwszy ogień nie minie.
Marcin nic nie odpowiedział.
— Albo do was panie Ignacy.
Ignacy milczał.
— Albo i do was panie Piotrze.
Piotr odwrócił się żwawo.
— Oj! żeby nie noc, uciekłabym choć do dworu.