Jan pobladł, zatrząsł się, dreszcz przebiegł po nim; domyślił się kto stał przed nim. Nadto był dumny, żeby w obec śmierci nawet bojaźń miał pokazać; machinalnie szukał broni, ale jej nie miał.
— No! poleć duszę Bogu, jeśli ją masz, a spiesz się.
— Czego chcesz?
— Ja? twojej krwi!
— Za co?
— Nie wiesz! Na zmycie plamy, którą ponoszę, na nasycenie pragnienia, które mnie pali. Tyś mi odebrał córkę, ja tobie życie.
— Córkę? jam ci jej nie odebrał!
— Tak! tylkoś mi ją zostawił zhańbioną.
— Ja nagrodzę.
— Ożeniłbyś się? — Stary się rozśmiał okropnie.