Jan milczał. — Co chcesz? spytał.
Twojej krwi! módl się, nie mam czasu! twoi nadjeżdżają! — W tej chwili strzał rozległ się głośny i blizko stojący już panicz zawołał:
— A to co za głupiec strzelił?
Obejrzał się i zdrętwiał.
Obłoczek sinawego dymu unosił się o kilkadziesiąt kroków od niego nad miejscem gdzie stał Jan. Kary wierzchowiec swobodnie leciał zadarłszy ogona, wierzgając, po polu skacząc. Na roli leżał Jan z rozdartą wystrzałem piersią, a krew buchała mu otwartemi ustami; obłąkane oczy niebieskie zataczał w koło, a ręką bezsilną chwytał się coraz ku sercu.
W chwili wszyscy go otaczali.
— Co to jest? co to się stało? — pytali jeden drugiego. Nikt odpowiedzieć nie umiał.
— Do domu! do matki! — słabym głosem rzekł postrzelony. — Nie szukajcie winnego, ja sam winienem, to przypadek.
— Ależ nie miałeś strzelby z sobą?
— Owszem, miałem; nieście mnie prędzej! prędzej!