Stały wśród nich ocalone gmachy pałacu Cezarów, których część tylko od płomieni obronić mogli niewolnicy; ulice i przejścia między niemi tysiącami zgromadzony lud zalegał, opowiadając sobie, jak Cezar wyszukał wreszcie winowajców, których napróżno dotąd, ofiary czyniąc bogom podziemnym i księgi Sybillińskie wertując, szukano u ołtarzów milczących Junony na Capitolu.

Między rozkosznemi gajami laurów i cyprysów i strojnemi peristylami, które bluszcz i wino oplatały, pozapalane widać było stosy oświecające wielką przestrzeń, poprzerzynaną sadzawkami, strojną w bijące wodotryski i posągi...

Straże pretoryanów pilnowały kupami tu spędzonych chrześcijan, bladych, ale spokojnie na modlitwie oczekujących męczeństwa...

Kapłani pogańscy tymczasem błagalne przed ołtarzami bóstw składali ofiary, a lud niecierpliwy wrzeszczał o krzyże dla winowajców.

Wtém zgiełk ów i wrzawa uciszyły się — Cezara na rękach wyniesiono z pałaców jego; jechał na karkach Germanów pleczystych, w stroju woźnicy, w barwie zielonych, z wieńcem na skroni i biczem w ręku.

W Cyrku bowiem już nań wozy czekały. Tłum zobaczywszy pana zamilkł, a potém jednym głosem zemsty i gniewu począł wołać o śmierć chrześcijan.

— Tak! śmierć podpalaczom!... Niech giną od ognia, jak ogniem święty gród Romula zniszczyli! — zakrzyknął Cezar — niech ich rzucą na pastwę źwierza dzikiego... bo nie warci źwierząt drapieżnych.

Ludu mój rzymski, daję wam ich na zemstę słuszną, na przebłaganie gniewu obrażonych bogów...

Cezar rad był, że mógł trochę się z deklamacya popisać, ale kaszel wątły głos przytłumił, zwrócił bladą znów twarz do siepaczów, potém do gladyatorów i mirmillonów zgrai towarzyszących mu, i szepnął: — Do Cyrku?

W chwili jednéj oprawcy, czyhający tylko na skinienie, z rykiem dzikich źwierząt rzucili się na bezbronnych chrześcijan.