— Idę do Rzymu — dał mu się słyszeć głos — aby się dać drugi raz ukrzyżować!
I znikła światłość, a Piotr znowu obleczony nocą dokoła, pozostał wryty, na kolanach, z modlitwą na ustach i łzami na oczach. To ukazanie się Zbawiciela wyznaczało mu drogę, którą był pójść powinien — ale od miejsca w którém go ujrzał, oderwać się nie mógł.
I dzień wschodzący zastał go jeszcze w prochu na klęczkach, ze łzami na gorącéj modlitwie.
A gdy się rozwidniać poczęło, na kamieniu przed sobą ujrzał Apostoł, jakby dla potwierdzenia i znaku widomego zjawienia się Chrystusowego, wyryte stopy Pana zwrócone ku Rzymowi.
— Nie ty, Panie, ale ja pójdę umrzeć na krzyżu! — zawołał Piotr i ucałowawszy kamień, podniósł się rzeźko i szedł nazad Appijską drogą ku Forum.
A nie myślał wcale jako idzie i dokąd, chcąc tylko cierpieć za prawdę, umrzeć za nią; ani się obawiał grożącego niebezpieczeństwa, ani go szukał.
Dzień był jasny, gdy mijając Palatyn i wchodząc na Via Sacra, gdzie kapłani właśnie stroili posągi obmywali ołtarze ofiarne przed wizerunkiem bogów, — spotkał przed portykiem wracającego z nocnéj wyprawy jakiejś Symona Maga.
Biesiadował on z Heleną razem, Cezarem, Bassusem i Vatiniusem u Tigellina, a Neronowi właśnie był nabił głowę Bassus tém, że skarby, które uciekająca z Tyru Dido58 zakopała w pustyń afrykańskich pieczarach, mogły być łatwo znalezione i odkryte. Symona użyć chciano, by je swoją sztuką ukazał.
Cesellius Bassus rodem Kartagińczyk, dziwak, marzyciel czy oszust59, przybył umyślnie do Rzymu z wieścią o tych skarbach, których jakąś część odkrył niby przypadkiem blizko swoich posiadłości, ale na nic więcéj trafić nie mógł. Miały tam być jaskinie pełne pieniędzy, sztaby złota leżące stosami, złote kolumny od wieków pyłem i ziemią przysute. Czary Symona mogły im łatwo ów skarb Didony ukazać.
Vatinius, który szedł z niemi razem, był wcale charakterystyczną, wiek swój dobrze malującą postacią. Niegdyś szewczuk odarty, winien był swą wziętość i zbliżenie się do Nerona rozpasanéj gębie, która nie szczędziła nikogo, śmiechom na zawołanie i upodleniu, które znosił wesoło. Garbaty, krzywy60, śmiesznéj postaci, z głową śpiczastą, naprzód wzięty był na dwór, by w czasie uczt swawolnemi zabawiać żartami. Rzucano nań pestkami, oblewano wodą, smalono włosy, lagrem smarowano policzki — znosił wszystko, sam z siebie i z drugich szydząc ze śmiechem satyra; ale powoli tych uczt stał się konieczną przyprawą. Bez Vatiniusa nie było wesela ni wieczerzy, ni ochoty, Neron go potrzebował i oglądał się za nim — Vatinius potrafił z tego korzystać.