— Więc wnijdźmy!

I weszli przez drzwi wpół otwarte, bo Janitora nie było, lub może spał gdzie w swéj celi.

Znał Rzym od czasów Augusta Syryjską gospodę, do któréj na błogi, rozkoszny spoczynek biegli i jechali starzy sybaryci rzymscy, aby chłodne popijać wino, patrząc na piękne dziéwcze, co się przed nimi w lubieżnym tańcu zwijało... Noc i dzień stały drzwiczki otworem, dzień i noc w ogródku było wino na pogotowiu i usłużna do skoków dziewczyna, cień drzew, szmer wody... spoczynek niezakłócony niczém.

Cezar jeden może nigdy tu nie był jeszcze... i nie znał tanecznicy Syryjskiéj. Na rynkach i teatrach Rzymu śpiewaczki te i baletnice, pod imieniem Ambubajów często się ukazywały, ale lud tylko bawił się niemi. Anija i jéj spadkobierczynie nie należały do tych pospolitych dziewcząt: piękność i talent podnosił je wyżéj.

Od drzwi niezapartych uliczka mała wiodła do wnijścia pod skromne atrium, w którego sadzawce dachówką opasanéj wodotrysk ubogi bił przed posążkiem Bacchusa, świeżo uwieńczonego winną latoroślą i szafranem.

Nikogo tu nie znaleźli, a słaby połysk jednéj mrugającéj lampy, to rozświecał kolumny, to dnia nadchodzącego bladéj ustępował jasności. Wszystko się i tu spać zdawało znużone; ale przeszedłszy również puste tablinum, na którego stołach spały kubki poprzewracane i amfory puste, z ogródka otoczonego perystylem słychać było dochodzące dźwięki, i szmer drugiéj wody, i jakby lekkie drzew szelesty.

Tu wszedłszy, dopiéro postrzegli ulubione sybarytów schronienie, gospodę starych rozkoszników, którzy całe dnie patrząc na piękną Syryjską dziewczynę, spoczywali w chłodzie, a niekiedy spędzali tu całe noce. Środkiem była posadzka z rodzaju, który zwano sectilia, wysłana dwukolorową mozaiką na sposób alexandryjski; około niéj krzaki wonne myrtu, róż i verbeny wzrastały bujno, a głębiéj winne macice czepiały się po ciemnéj drzew gęstwinie, wśród któréj widna była grota na upalne dnia godziny, z szemrzącą wodą, i pieczara zimowa na dnie chłodne, zwrócona ku słońcu. Tu i ówdzie w ogródku stały łoża z poduszkami dokoła i kilka białych posągów Satyrów i Faunów, w dosyć swawolnych postawach.

Trzéj czy czteréj ludzie, wpół senni, gnuśnie spoczywali na łożach dokoła i poglądali ciężko dźwigającemi się powieki na dziewczę z czarnemi włosy i obnażonemi ramiony, które swawoląc podawało im napój z kolei.

Neron na widok téj ciszy i spokoju zastanowił się chwilę, — patrzał nań okiem zazdrośném.

— Wszyscy używają sobie szczęśliwi — zawołał wzdychając — jeden Cezar zamęcza się za wszystkich panowaniem — A! na co mi było rodzić się Cezarem i bogiem, gdy tak są ciężkie obowiązki bogów! Byłbym mówcą, poetą, malarzem, snycerzem, śpiewakiem, atletą, woźnicą, skoczkiem, i po pracy miałbym wytchnienie, spokój, oklaski... wszystko co człowiekowi potrzeba... a teraz...