— Nie, siostro — rzekł Candidus, spoglądając na nią i strój jéj z politowaniem jakiemś, bo dziewcze było na pół obnażone jeszcze i dziwnie na ranną godzinę strojne, gdyż ubior jéj zmięty pozostał od wczora.

Jam Hebrejczyk, ale urodziłem się na ziemi rzymskiéj, i własnego kraju nie oglądałem nigdy. A ty zkąd jesteś?

— Jam Ambubaja Syryjska — wzdychając ze wstydem odezwała się dziewczyna — dzieckiem mnie tu okręt przywiózł sprzedaną na to, czém dzisiaj widzisz... Jam sierota, i bardzo biedna.

— A jednak strojna jesteś i wydajesz się wesołą?

— Bo strój ten, piękność i wesołość są mojém rzemiosłem — odezwała się ciszéj jeszcze piękna Anija. — Z dziecka łamali mnie do tańca, uczyli uśmiechów, by kupiec na nich zarobił. I we dnie stoję tu jak wieniec u drzwi, zwabiając przechodniów, a nocą skaczę starcom, których bawi moja męczarnia. Stary Leno sprzedaje mnie tak, jak wynajmuje konie i muły swoje...

To mówiąc Anija rozpłakała się i prędko z przestrachem łzy otarła.

— Wy jesteście wolni! — rzekła — a! jakżeście szczęśliwi, jam niewolnica...

— A cóżby ci dała swoboda? — spytał Candidus.

— Odpoczynek... samą siebie... bom dziś nie swoja! bom dziś bardzo nieszczęśliwa.

Litościwém okiem spojrzeli na nią Candidus i Natalis; dziewcze zdawało się czegoś chcieć od nich i nieśmieć powiedzieć. Wreszcie, ozwało się po chwilce wahania.