Coccejus Nerwa, który z dawna już wezwany do Caprei przez Tyberyusza, bawił przy nim jako świadek milczący życia sprośnego, nigdy słowem ani czynem nie poduszczając go do zbrodni, lecz i wstrzymywać od niéj nie mając odwagi — był jednym z tych, których Cezar mimowolnie szanował. Nosił on jeszcze na sobie resztkę powagi starych rzymskich czasów, a nie spodlił się nigdy niczém. Biégły prawnik, wzywany był do porady w wielu wypadkach i prawdy wówczas wypowiedzieć się nie wahał. Cezar nie mógł się obejść bez niego, a ta surowa Catońska postać, rzekłbyś, potrzebną mu była, by dać miarę czynów twarzą, na któréj coraz głębsze malowało się pogrążenie i smutek.
Nerwa od dnia do dnia coraz uparciéj milczący, w ostatku jakby mowę stracił, twarz jego jakiś wyraz dziwny i złowrogi przybrała.
Stary już po prostu, jak inni, życiem bez celu i nadziei się znużył — chciał umrzeć.
Kilkakroć Cezar zapytywał go co mu dolegało i odebrał odpowiedź chłodną, że pora przyszła umierać.
Nareszcie jednego poranku, Coccejus, pisze Tacyt, którego już nic nie zastraszało, zawsze w łaskach u pana, zdrów, nie mogący się lękać niczego, widząc coraz nowe padające ofiary, a obawiając się może być świadkiem straszniejszych jeszcze rzeczy nad śmierć Drususa nad spodlenie senatu i zdrady, któremi się okupowano podejrzeniom, przyszedł, domagając się posłuchania w niezwykłéj godzinie.
— Czego żądasz, Nerwa? — spytał Cezar dając mu rękę do pocałowania.
— Moriturus te salutat (Wita cię mający umrzeć) chcę umierać — odparł Coccejus.
— To łatwo! ale dla czegoż życie ci się sprzykrzyło? — rzekł Tyberyusz zdziwiony.
— Nie wiem! żyć mi ciężko! wolę skończyć niż dźwigać to brzemię...
— Mów! czego pragniesz, domagając się w tak niezręczny sposób?