— Niczego! prócz śmierci...

— Jak to? na prawdę?

— Życie mi obmierzło! więc umrę!

Nie była to myśl tak dziwna, jak się nam dziś, do obowiązku walki wdrożonym, wydaje; śmiercią taką dobrowolną kończyli często poganie, nie mogąc znieść żywota, po za którego starością bole tylko, tęsknotę i upadek sił przewidywali. Ale w Nerwie zdziwiło to Tyberyusza i napełniło niepokojem.

Jął mu więc żywo odradzać, wreszcie powiedzieć miał nawet, że wstydemby dlań było, gdyby przyjaciel jego stary, zwątpiwszy o sercu i sprawiedliwości Cezara, o świecie i życiu, chciał tak bez powodu śmierć sobie przyśpieszać.

Nerwa zniósł wymówki nieporuszony, przez dni kilka nie spuszczał go z oka Cezar, przy uczcie zmuszał do jadła, starał rozweselić, ale nie potrafił wymódz zmiany postanowienia, które było niewzruszone.

Nerwa, do ostatka posłuszny, zasiadał przy ucztach, wino wylewając jako libacye Jowiszowi oswobodzicielowi i bogom podziemnym, patrzał na przynoszone potrawy, ale ich nie tykał, szałom się przyglądał, nie mogąc ich podzielać.

Ze stoicyzmem starego Rzymianina zamknął się wreszcie w oddalonéj izdebce swojego domu, zesłabły, odmówił wszelkiego jadła i zamorzył się głodem.

Śmierć jego, któréj jedno żalu i skargi nie towarzyszyło słowo, dotknęła Tyberyusza nawet, przeraziła wszystkich, ujrzeli w niéj znamię rozpaczy.

Cajus tylko jeden ruszył ramionami obojętny i nie zdziwił się nawet.