Wiatr tylko kiedy niekiedy w skałach zagadał i znowu cisza długa zalegała wyspę, a wśród niéj tylko daleki szmer wodotrysków, krzyk nocnego ptaka, stłumione przybywały pieśni z Caprejskich lupanarów, śmiechy chłopiąt z Priscusa dworu, lub jęk bolesny, krótki a straszny, jakby konającego człowieka, którego dusza z ciała się wyrywa płacząc po życiu.
Tak upłynęła część nocy, aż Helios zapytał Ulpa, czyby się do willi górnéj dostać i cóś o chłopcu dowiedzieć nie można.
Ulp potrząsał głową, począł myśleć, noc była ciemna, cisza głęboka... rzucił wiosło i nic nie mówiąc, jął się oburącz skały, która prostopadle biegła w górę, dźwigając na stromych wierzchołkach strażniczą wieżę i willę Jowisza...
Pomyśleć było trudno, żeby się człowiek mógł nocą po téj ścianie kamiennéj dostać na szczyt góry; jeden Ulp, przywykły do takich przechadzek od dzieciństwa, zręczny i śmiały jak koza dzika, mógł się podjąć wycieczki. Ująwszy się wystających kamieni, stąpając z jednéj w drugą szczelinę, przytrzymując za rośliny i krzewy, znikł z oczów, nim mieli czas go odwołać.
Z przestrachem oczekiwali tylko, rychło-li odgłos spadającego ciała, krzyk i rozpryśnione wody, oznajmią im o śmierci zuchwałego rybaka — ale cicho było wokoło i nic nie przerywało milczenia, długiego jak wieki.
Już prawie świtać zaczynało od wschodu i na jaśniejszém nieco niebie dalekie lądy sinemi gór malowały się szczytami, gdy Ulp powrócił znużony i padł spocząć na sieciach. Ręce i nogi jego drżały wysiłkiem potężnym, pierś wzdymała się szybkim oddechem, pot kroplisty oblewał piersi i czoło.
— Merkuremu dzięki — rzekł — żem szyi nie skręcił, tak rosa poranna śliskiemi uczyniła te wschody, po których się i kozy nie ważą...
— Hypathos? — spytała Rachel...
— Siedzi w progu portyku, widziałem go — rzekł rybak — otoczony strażą, nie może się ruszyć i płacze...
Helios pobladł, kobiéta klasnęła w dłonie i zakryła sobie oczy, Juda spoglądał wzrokiem pełnym łez i ognia.