Oko Cezara osłupiałe nie śledziło ruchów tanecznic, nie zwracało się za ich biegiem, utopione w dal ciemną, zastrzęgło i ścięło się bezmyślnie.

Wśród zabawy Charicles powstał aby pożegnać pana, przystąpił ku niemu, przykląkł i całując rękę drżącą i zimną, gdy ją niósł do ust, ujął tak zręcznie, by dobijającego ostatków życia pulsu namacać72. Tyberyusz drgnął, odgadł myśl jego i szkliste oko zatrzymał chwilę na Greku, z groźbą zimną jak dotknięcie miecza.

— Starcze! — rzekł — ostatka sił pytasz we mnie? nie prawdaż? Boisz się poczciwy, stary mój sługo ażebyś pana nie stracił... Nie bój się! żyje Cezar jeszcze i długo żyć będzie — dodał ciszéj słabnącemi usty. — Nie dobrze jest nocą przebiegać pola Campanii, zostań z nami do dnia, przeciągniemy ucztę jak bywało w Caprei... niech Priscus każe rozpocząć na nowo, niech nam dadzą wina, jadła, śpiewu i wesela...

Życie krótkie... potrzeba go używać.

Wszyscy na te słowa zadrżeli, bo starzec ledwie się dźwigał, brakło mu tchu widocznie, lecz Priscus był posłuszny.

Wnet nowy orszak młodzieży pobiégł drugą ucztę gotować, świeże przynosząc wieńce, amfory i czasze. A że mrok coraz gęstszy zalegał wnętrze sali i blask tylko dnia ostatni odbity od morza zwierciadeł słabo oświecał triclinium, wniesiono kandelabry i lampy, spuszczono zasłony z stropów posypały się kwiaty i polały wonie, — rozpoczęto biesiadę na nowo...

Cezar, a za nim towarzysze nową wyleli libacyą bogom. — Charicles musiał pozostać.

— Nie radbym i chwili stracić — rzekł Cezar do niego — tyś mój stary przyjaciel i sługa, jedziesz do Rzymu, ja ciągnę do Caprei mojéj, nie wiem kiedy się zobaczemy znowu... Wiem żeś przywiązany do Cezara, używaj z nim razem.

Charicles zadrżał z trwogi; Tyberyusz obrócił się potém do Cajusa.

— I ty cóś chmurny jesteś — rzekł — a wiek twój nie po temu... Dla czego wszystko co mnie dziś otacza smutne? Jam przecie wesół i chcę by mi się śmiały oczy wasze i usta.