Ale próżne to były zachęty...

Czasze poczęły krążyć nieustanne, a choć z ametystowéj pił Cezar, widać było po twarzach, że Falernus stary bił do głowy. Niepokój tylko o życie wytrzeźwiał trzech ludzi, których jedna myśl i pragnienie wiązało.

Macron, Cajus, Charicles już byli wszechwładni, a postrach trwał jeszcze, bo chmurna brew Tyberyusza marszcząc się mogła wyzwać nową siłę w posłusznych niewolnikach Priscusa.

Ale już co chwila, mimo upojenie i udanie, twarz groźna stawała bladszą, a znaki zbliżającéj się śmierci widoczniéj na niéj piętnowały — napróżno wysilał się, bełkotał, uśmiechał trwając w komedyi do końca, wszystko zwiastowało ostatnią jego godzinę.

Śpiewały chory greckie, krążyły czasze, a chwila każda wiekiem zdawała się nieprzebytym.

Nareszcie Tyberyusz osunął się na poduszki i zdawał dogorywać, kilka razy zdejmował z palca pierścień, trzymał go w drżącéj dłoni, jakby chciał oddać komuś, poglądając na Cajusa i Macrona, i znowu kładł na rękę...

Żaden z tych ruchów nie uszedł chciwych oczu świadków czatujących śmierci.

Słudzy naostatek wzięli go na barki i zanieśli do sypialni, dokąd trzéj strażnicy powlekli się za nim niespokojni.

— Silne życie! — powtarzał Cajus ściskając usta i przez zęby cedząc wyrazy.

— Dobił się sam przecie — mówił Charicles — nie dożyje wschodu słońca.