W społeczeństwie, które staramy się odmalować, godność i powaga Senatu i patrycyuszów, charakter starych Rzymian, z których prawie ostatnim był surowy Cato, codzień bardziéj znikając, starła się i wypełzła; Tacyt najwymówniejszemi słowy maluje ten upadek wybranych, który za sobą pociągnął całego państwa ruinę.
Wszędzie się dzieje tak samo, gdziekolwiek wyższa warstwa narodu wyprze się swoich obowiązków. Powoli zepsucie od niéj przechodzi do ostatnich słojów towarzystwa, i państwo zjedzone od tego raka gnije, rozpada się i ginie.
Powaga i znaczenie patrycyatu już za Tyberyusza zmieniły się w poniżenie i pochlebstwo, w milczenie, pobłażanie nieme, i wielkie charaktery coraz rzadziéj wybijały się z tłumu, który używał tylko, bawił się i zbytkował, okupując bezkarność upodleniem ostateczném. W senacie zasiadł swe miejsce ów mąż konsularny, by z poszanowaniem słuchać odczytywania listów Cezara i wotować dlań nowe imiona i godności, igrzyska uroczyste, posągi lub głowy ludzi, których zapragnął. Szedł potém z Curyi ucztować w tłumie swoich klientów, a gdy mu Rzym był za gorący i nazbyt wrzawliwy, z niewolników zgrają, poprzedzany wozami, ludźmi, dworem całym, jechał nad brzegi morza do swéj willi, w któréj go nowe czekały rozkosze.
Już mu tam wcale nie szło o państwo, o którém Cezar sam miał staranie i jego zaufani ulubieńcy — władza senatu była cieniem, urząd dostojeństwem bez znaczenia, lub środkiem dorobienia się majątku.
Patrycyusz co rok zmieniał żonę, trzymał greckie dziewczęta dla zabawy i roztargnienia, namiętnie zajmował się wyścigami i igrzyskiem, kupował obrazy lubieżne, naczynia rzadkie, posągi greckie, a gdy późniéj oskarżony o jakąś tam sprawę nieczystą, którą wyszukać było nie trudno, otrzymał wyrok śmierci, kazał się przebić niewolnikowi i tak żywot swój skończył.
Mało odmienne życie prowadziło rycerstwo (equites) rzymskie, zbierające pieniądz, nabywające ziemię i domy, zbogacające się aby używać, a wystawione nieustannie na chciwość pana, który zawstydzał ich słowy:
— Jak śmiecie bogatsi być nade mnie?
Rycerstwo było już imieniem nie rzeczą, a w jego wielkich posiadłościach cała spoczywała siła.
Wszelkie zresztą dawne różnice klass znikały w wieku, który potrzebował grosza, by go rozrzucać i główną do bogactwa przywiązywał wagę, bo przez nie mógł się dobić czego zażądał. Mało niżéj od rycerza stał teraz wyzwoleniec, co infamiją okupił zdjętą mu z szyi obróżę, a zbogacony bezwstydem, otaczał się często większém kołem klientów, niż najznakomitszych imion ludzie.
Wśród tego tłumu rozpróżniaczonego i biegnącego za uciechą, rodzinne związki, węzły krwi i poszanowania, wszystkie były stargane i pokruszone; żony, owe poważne dawnych lat matrony, przechodziły dziś z rąk do rąk, mieniane i frymarczone jak zabawki. Cezar sam dawał przykład, biorąc je bezkarnie od mężów i zwracając im wedle fantazyi; — dzieci rzucano po gościńcach, wyrzekano się własnych a przybierano cudze; najszczęśliwszym wreszcie stanem, który wyrodzić mogło takie tylko zepsucie — stała się bezdzietność i pozbawienie rodziny.