Siedzą przy matce i niby cóś robią, ale śmieją się i swawolą, a czasem uśmiech ich szczéry wywołuje lekką wesołości oznakę na licu staruszki, chociaż ta prędko znika, i znać, że troska o ten skarb drogi głęboko w sercu jéj utkwiła.
Ilekroć z ulicy fala powietrzna przyniesie do jéj ucha wrzawę, kędyś od strony rynku i łaźni wybiegłą — matrona wstrząsa się, ręce jéj załamują, lica bledną, ale ukrywa wrażenie, aby jéj niepokoju dostrzedz nie mogły dziewczęta. One nie powinny wiedzieć nawet o niebezpieczeństwie, ani się go domyślać; dla nich świat musi inaczéj wyglądać niż jest w istocie, im długo potrzeba jeszcze taić jego szkarady.
Wtém słychać kołatanie do drzwi, i janitor je otworzył, któś z atrium stąpa powoli. Nogi to starca leniwo się tak po posadzce wloką... idzie bokiem po litostrotach, a Cellia nadstawia ucha.
— To Pudens! — zawołała nareszcie — tak, to on! — powtórzyła wstając. — Wy pójdźcie do ogródka... dość pracy... mam z nim pomówić na osobności... Stary ze starym nie dziwo...
— Toć go choć przywitamy — odpowiedziała Aquila — dawno nie był u nas, a to gość tak pożądany i miły.
Wybiegnijcież przeciw niemu... bo bardzo się chyba mylę, ale to on pewnie, to on, na Jowisza, — dodała staruszka...
Dziewczęta stanęły w progu, a stara podniosła się z siedzenia i słuchała bacznie, aż dwa zgodne, wesołe śmiechy córek oznajmiły jéj że zgadła.
W istocie był to senator Pudens, blizki krewny Cellii, człek dobrze już stary, który przedłużone życie, wśród najtrudniejszych przebyte czasów, za Tyberyusza, Caliguli, Claudiusza i Nerona, winien był najdziwniejszemu zbiegowi okoliczności.
Bogaty, żył skromnie i nie raził majątkiem, bo go nie używał nad miarę, możny, władzy swéj na złe nie używał, powiększenia jéj nie pragnął; mogąc łatwo wkupić się w znaczenie, zdawał się niém gardzić. Był to mąż starych czasów, jeszcze surowy dla siebie, powolny dla drugich, ojcowski dla niewolników, obyczajów skromnych i lubiący spokój, a swe atrium domowe nadewszystko... W niém on nie zrobiwszy sobie nieprzyjaciół, przebył nad zwitkami filozofów ostatnie lata, zajmując się sam wychowaniem synów lub naglądając na nie.
Nie widywano go ani w bazylikach, ani w Forum, ani w tłumie dworaków Cezara, rzadko na publicznych igrzyskach, i tam gdzie zgraje naciskać się zwykły — szukał zapomnienia, jak drudzy oklasków, i znalazł taki szacunek u ludzi, że nim spokój okupił. Ale pod owe czasy czyż dziś ręczyło za jutro? To uparte usunięcie się od oczów mogło samo nastręczyć niebezpieczeństwo; miało już pozór nieukontentowania.