Dom ten otoczony przyrosłemi doń budowlami, stoi na Awentynie od strony wschodniéj, przy saméj prastaréj Herkulesowéj świątyńce maleńkiéj, któréj portyk i kolumny niemal przypierają do ściany, u któréj drzwi głównych stary zasiada odźwierny.
Choć z samego pozoru widać, że dom to obszerny i dostatni, a zależące odeń gmachy wielką zajmują Insulę, od innych wązkiemi odgrodzoną uliczkami — cicho tu i nie widać tych tłumów próżniaków, pasożytów i klientów, które drzwi inne oblegać zwykły. W przyległych sklepikach (tabernach) ciche też się mieszczą rzemiosła i uczciwe zarobki, bo spokój miłujący unikają najmu ludziom, którzy za sobą zgiełk, wrzawę i pokątne wnoszą frymarki. Dom to jeszcze po staremu cały zamknięty w sobie, niczém się na zewnątrz nie chlubi... drzwi jego, obite blachą miedzianą, którą pokryła zielonawa patina, większą część dnia stoją zaparte.
Wszedłszy do atrium, w którém wedle obyczaju w maleńkiéj sadzawce bije cicha fontanna, czujesz jakby cię obwiał pokój, który tu panuje. Czysto tu, wdzięcznie i cóś mówi, że niewiasty dom zajmować muszą... Starzy słudzy posiwieli kręcą się po cichu, i z twarzy ich widać, że panów z niemi łączy niezwykły stosunek niewolnika i posiadacza, ale serdeczne przywiązanie.
Minąwszy piérwsze podwórze i familijnych pamiątek pełne tablinum przez perystyl wchodzisz do wewnętrznego dziedzińca (occus), przez którego kolumny widać zielony ogródek, obwiedziony murem, a z niego drzwi przysłonione każą ci się domyślać komnat zajętych przez niewiasty, których szczebiotliwe acz stłumione dochodzą cię głosy.
Słychać uśmiechy młode i rozmowę żywą, przerywaną, wesołą, jaką dziewczęta tylko prowadzić mogą i szelest lekkich sukienek...
Jest to godzina pracy...
W odsłonionéj, na kolumnami obwiedzioném podwórzu izbie siedzą trzy kobiéty; stara matrona, rysów spokojnych i pięknych, któréj życie w obliczu się maluje, Emilia Cellia, niegdyś żona Patrycyusza, dziś po nim osmutniała wdowa, i dwie jéj córki, sieroty... Aquila i Priscilla.
Starsza z nich Aquila, już może mieć lat około dwódziestu, druga ledwie rozkwita piętnastą wiosnę — a obie są do siebie dziwnie podobne, tylko co w piérwszéj już się rozwinęło, w drugiéj się obiecuje zaledwie.
Dziewczęta mają na sobie tylko stole jasne, w skromne ułożone fałdy, ale ich nie otacza oszycie żadne, ani bogata obszewka, żadne patagium wymyślne; włosy ich przeczesane do góry i spuszczone na tył głowy, czarne, połyskujące, sprawiają, że od ciemnéj ich barwy, jeszcze świetniéj odbija się twarz świeża i rumiana... Ręce ich, których część tylko z pod stoli się wymyka, mogłyby służyć za wzór do Heby posągu, a nóżki, których nie okrywa szata, maleńkie, wytoczone, różowe, zdają się nie znać pracy i pyłu, jakby dotąd po domowym tylko biegały ogródku.
Jak się te dwa śliczne kwiaty uchować potrafiły tak czyste i nietknięte wśród Rzymu, który czyhał na młodość, i dzieciom nawet nie przebaczał w szałach swéj rozpusty, nie wiem — wytłómaczyć to tylko może przytomność sędziwéj niewiasty, która ich nie odstępuje i patrzy na nie macierzyńskiém okiem, pełném miłości i poświęcenia.