— Nie tak jest — odrzekł Pudens — potrzeba się przybliżyć by poznać. To jedno odrodzić nas może, bo w tém tylko jest prawda...
— Mówiono mi na mojego Afra, że się z Nazarejczykami pobratał. Stary mój dozorca niewolników nic nań jednak złego wynaleźć nie może, a ja sama nie widzę w nim jeno większą od niejakiego czasu chęć do pracy i posłuszeństwo.
— Bo ta wiara ulepsza, uspokaja, nasyca... — zawołał Pudens gorąco — bo ona nie jest ladajakim wymysłem ludzkim, ale darem Bożym...
— Ale któż ją przyniósł?
— Sam Bóg...
— Jaki? — spytała zdumiona Cellia.
— Siostro moja — rzekł Pudens — oni mnogości Bogów nie mają, wierzą w jednego Boga Bogów, stwórcę świata.
Kobieta zdawała się zdumioną, spójrzała, w jéj oczach malowało się osłupienie, tak trudno jéj było pojąć jednego Boga dla wszystkich i na wszystko.
— Wiara to nowa w istocie! — odezwała się powoli.
— Wierzą w jedynego Boga — rzekł Pudens daléj ciągnąc — a nie czczą żadnych posągów i wizerunków ręki ludzkiéj, boć śmieszny to Bóg co go sobie człek sam udziała, ale Boga-ducha, w niebie, który stworzył wszystko z niczego, niewidzialnego a przytomnego wszędzie.