Daléj szli synowie Senatorów i rycerzy, pieszo i konno, a tuż następowały wozy wyścigowe, lekkie, kunsztowne, na których stojący woźnice w barwach swych właściwych, znani i ulubieni ludowi zręcznie zażywali koni, hamując ich żywość, uśmiechając się na oznaki współczucia i szepty uwielbienia, które im towarzyszyły.

Sam Cezar im tego zazdrościł... choć tak namiętnie kochał zielonych!!

W tłumie już się niemal zakładano zawczasu, że zieloni mety dościgną...

Za wozami postępowały familije gladyatorów z najrozmaitszemi swemi do zapasów przybory...

A był to zastęp ludzi, jakich dziś już nie widać, z głębi lasów dzikich, z wnętrzności gór i dolin, z krain odległych ściągnięty, na uciechę ludu rzymskiego — potężnych ramion i pleców, rąk żylastych, twarzy srogich, na których tygrysi zapał boju i pragnienia krwi odmalowane było.

Tu szli Secutores, w hełmy uzbrojeni, krótkie mieczyki i tarcze, do pół nadzy; za nimi Thraces z trackim orężem, małą tarczą pokrytą skórą, dwiema włóczniami krótkiemi i hełmy bronzowemi; potém Retiarii z siatkami w rękach do uplątania przeciwnika, odziani lekko, z włóczniami o trzech żelezcach (fuscina tridens), mający walczyć z Secutorami, i Mirmillonowie z szyszakami, na których wierzchu sterczał wizerunek ryby, zbrojni w tarcze (pelta) i krzywe mieczyki, i Laquearii z powrozami na ramionach do zarzucania pętli na szyję przeciwnika, i Andabatii, walczący z zawiązanemi oczyma...

Każdą z tych familij wiódł naczelnik najgłośniéj walką wsławiony, a na czele Mirmillonów postępował Spiculus, znany ulubieniec Nerona, zbogacony jego łaską, wysoko podnosząc głowę straszliwą wyrazem rozbestwienia.Za gladyatorami cisnęła się gromada młodzieży i chłopiąt, wedle wieku poustawianych, w sukniach fioletowych, w pasach złocistych, z wieńcami i włóczniami w ręku. Starsi z nich tylko błyszczące hełmy mieli na głowie.

Po nich szła muzyka, grająca na fletach, trąbach i tympanach, w któréj takt skacząc biegł tłum ludzi poprzebieranych za Sylenów i Satyrów, okryty skórami dzikich źwierząt, z długiemi splotami kwiatów w ręku, wśród tańca to je po nad głowy podrzucając, to zniżając do stóp obszytych szerścią koźlą. Ten chór Sylenów, jakby oszalały wśród poważnego pochodu, sam jeden zdawał się naprzód czuć w sobie zapał, który miał wkrótce owładnąć tysiące.

Długi szereg kapłanów otwierali naprzód Camilli, chłopcy posługacze ołtarzów, w krótkich szatach, z namaszczonemi włosy, które przytrzymywały przepaski czerwone i białe, z narzuconemi na ramiona szarfami lekkiemi. Niektórzy z nich nieśli naczynia ofiarne.

Po nich następowali Aruspices i Augurowie w sukniach krótkich, spiętych na ramieniu, w płaszczach purpurowych, z laskami (lituus) w rękach, i kapłani, niosący trójnogi, kadzielnice, patery, noże i sierpy i wieńce, Epulonowie, Sabieni... Wpośród nich teraz ciągniony na wozie świętym Thensie, całym od złota, rubinów i topazów, pereł i purpury, jechał Cezar-Pontifex, z głową opartą na ręku, na któréj widać było bransoletę ową z wężową skórą, co z obrazkiem tajemniczym bogini Syryjskiéj za talizman mu służyła.