Candidus odmówił skinieniem, o nic nie prosząc tylko o wodę do obmycia, a Natalis pozostał z głową spartą o kolumnę perystylu, nie słysząc nawet wyrazów, któremi przemawiano do niego.

Obu im nie tyle szło o pokrzepienie ciała, jak raczéj o dowiedzenie się czegoś coby w nich orzeźwiło ducha.

Chrześcijańska nauka, jakeśmy widzieli, już się była szybko w Rzymie krzewić zaczęła, już o niéj jako o niebezpiecznéj a pełnéj przesądów sekcie prawiono z oburzeniem; lękali się więc dowiedzieć o prześladowaniach, o dekretach, o których głuche chodziły wieści, o nieszczęściu, które Apostołów dotknąć mogło.

— Zdaleka to idziecie? — zapytał stary Leno — widać żeście nie tutejsi, i droga was dobrze znużyła...

— Z daleka w istocie, ale nie tak wielka droga jak znużenie — odparł Candidus — obcy jesteśmy i nieświadomi obyczajów waszych, a Rzym nam prawie nieznany... Przychodzimy szukając tu swoich...

— Kogo? — spytał Leno ciekawie.

— Judejczyków, bośmy z Judei także...

— O! jest ich tu dosyć! — rzekł ręką rzucając z pogardą gospodarz, który nagle ochłódł, i splunął odsuwając się od nich...

Piękna Syryjska dziewczyna, dosłyszawszy tych wyrazów z ust Candida, bliżéj przystąpiła ku niemu z ciekawością.

Dla niéj rodziméj mowy dźwięki odzywały się w pobratymczym języku Judei, a choć Candidus słowa po hebrejsku nie rzekł jeszcze, sam głos miał dla niéj coś pociągającego, jakby powiew od ojczyzny.