— Tyś obcy — odezwała się doń łagodnie i skromnie — zdaleka? może od naszych krajów i od Wschodu.

— Krew ojców moich tamtejsze ogrzało słońce — rzekł Candidus.

Dziewczę zadrżało, oko jéj błysło, ale starzec niespokojnie poglądając stał nad nią.

— No! idź-że spać kiedy znużoną jesteś — przerwał sucho — im i kto inny posłuży, nie potrzebna tu jesteś! Precz, precz, niewolnico.

I wygnał ją dziko się uśmiechając, a sam krok w krok śledząc odszedł za nią powoli.

Czarny kulawy niewolnik przyniósł im wodę do umycia; był to wychowany z dziecka w Rzymie człowiek, niegdyś sławny po cyrkach gladyator, dziś na starość posługacz szynkowy; szyderca i cynik, ale w sercu nie tak zły jak się wydawał. Wielka nędza dała mu niezmierną na wszystko obojętność.

— Co tam słychać w Rzymie? — zapytał niespokojnie Candidus.

— A cóż? wszystko i nic — odparł niewolnik. Rzym jest taki, że w nim o całym świecie dowiedzieć się można i o niczém nie wiedzieć. — To, jak kto sobie zechce.

— Ależ przecie? nic tak nie ma nowego?

— Wczoraj były wielkie doroczne igrzyska... Cezar sprawiał bogom ofiarę a ludowi zabawę... krew lała się jak woda... było w Cyrku sto tysięcy ludzi i tysiąc dzikich bestyj... kobieta walczyła z panterą, i nie dziw!! zwyciężyła — czego kobieta nie zwycięży!