— A jednak strojna jesteś i wydajesz się wesołą?

— Bo strój ten, piękność i wesołość są mojém rzemiosłem — odezwała się ciszéj jeszcze piękna Anija. — Z dziecka łamali mnie do tańca, uczyli uśmiechów, by kupiec na nich zarobił. I we dnie stoję tu jak wieniec u drzwi, zwabiając przechodniów, a nocą skaczę starcom, których bawi moja męczarnia. Stary Leno sprzedaje mnie tak, jak wynajmuje konie i muły swoje...

To mówiąc Anija rozpłakała się i prędko z przestrachem łzy otarła.

— Wy jesteście wolni! — rzekła — a! jakżeście szczęśliwi, jam niewolnica...

— A cóżby ci dała swoboda? — spytał Candidus.

— Odpoczynek... samą siebie... bom dziś nie swoja! bom dziś bardzo nieszczęśliwa.

Litościwém okiem spojrzeli na nią Candidus i Natalis; dziewcze zdawało się czegoś chcieć od nich i nieśmieć powiedzieć. Wreszcie, ozwało się po chwilce wahania.

— Słyszałam — rzekła — jakeście bronili Nazarejczyków, prawda? Wy... mnie się zdaje, także téj wiary jesteście? ja to zgaduję po waszéj modlitwie, po twarzy, niewiem po czém... Wiele o nich słyszałam; mówią że u nich wszyscy są braćmi, że między niemi nie ma niewoli, że wiara ich daje swobodę i pokój, szczęście takie i siłę taką, któréj nic zwyciężyć nie może... A! jeśli to prawda, dajcie mi wiarę swoją! nauczcie mnie jéj! zlitujcie się nad biedną niewolnicą...

Candidus i Natalis patrzali po sobie z radością nietajoną, widząc jak na wstępie zaraz ofiarowała się im dusza do nawrócenia; ale obawiali się oba wydać, bo dziewcze miało tak płochą postawę, tak nizko było upadło, że się niespodziewali łatwo zyskać ją Chrystusowi.

— Dziécię moje — rzekł po namyśle Candid. — Wiesz-że ty, jaką ofiarą okupuje się ta wiara, którą chcesz poznać? jak trzeba być czystym i świętym by się stać jéj godnym! jak zmienić musisz życie, obyczaje, mowę, duszę i nowego przyoblec człowieka?