— A wiaraż wasza nie jest tak mocną, by mnie siłą swą przeistoczyła, odrodziła, oczyściła?
Te słowa uderzyły Candida.
— A! ja jéj pragnę! — kończyła Anija kładnąc rękę na sercu — nie odpychajcie mnie! Mówią, że Bóg ten przyszedł do biednych i znękanych — możeż być istota nędzniejsza nademnie? Winy moje, byłyż mojemi, czy cudzemi, tego który mi je dziecku narzucił, który mi je wpoił dorosłéj, co mnie w nich trzyma płaczącą? Wstyd mi i boleśnie być igraszką rozpusty... uleczcie mnie, zabierzcie, ratujcie... bo śmierć będę musiała zadać sobie.
I padła ze złożonemi rękami na kolana przed niemi. Candidus milczał jeszcze, spoglądając na towarzysza, ale łzy płynące mu po twarzy świadczyły, że czuł głęboko nad upodleniem i cierpieniem istoty która go błagała.
— Wstań — rzekł po chwili — i bądź pocieszona! Wiara cię twoja oczyszcza... ja nie opuszczę ciebie! Ale cóż uczynić z panem twoim, i jak cię z rąk jego uwolnić?
— Wasz Bóg silen jest... czemużby nie miał mnie wybawić? — rzekła gorąco Anija.
Spotkałam już chrześcijan, widziałam spokój jakiego używają... i wiem, że są silni i mnodzy... Chciejcie tylko a będę swobodną, sługą waszego Boga i waszą.
W téj chwili głos starego Lenona, który nadbiegł goniąc za niewolnicą, przeraził ją i podróżnych... Anija wymknęła się zakrywając sobie oczy, a w perystylu gospody w tejże chwili ukazała się postać nowa.
Candid poznał po krzyżu, który tajemnie i szybko przychodzący położył na piersiach, że przybyły był chrześcijanin jak oni...
Ówczesny byt chrześcijan cały był jeszcze tajemnicą, a rozszerzenia się nowéj wiary inaczéj jak cudów szeregiem niepodobna wytłómaczyć; wsparcie nadludzkie, siła niebieska dopomogła im oświecając pierwociny drogi przykréj i zawad pełnéj.