To była piérwsza myśl, zrodzona w chwili znużenia, owéj straszliwéj pożogi, która Rzym zmieniła w garść popiołów i tysiące chrześcian kosztowała życie.

XII

Wyszedłszy z Palatyńskiego labiryntu Symon, — za którym niewolnik Cezara niósł dar pana w pole szaty, (garść złota) — puścił się ku Alexandryjskiéj gospodzie.

A idąc myślał frasobliwie o swojém szczęściu, o zemście swojéj i o Cezarze, który nagradzał czasem, lecz i życiem ludzkiém szafował. I wolno przechodząc mimo portyków Forum, wśród których zewsząd krążył lud z thermów i łaźni wychodzący na zbliżającą się ucztę wieczorną — dumał i o swéj ku chrześcijanom nienawiści, i jakby Piotra znalazł, którego chciał prześladować, a wiedział już, że się kędyś w Rzymie znajdował.

Wtém gdy zadumany kroczy, podniósł głowę czując jakby nań gorący oddech powiał zdala — i ujrzał przeciwko sobie idącą kupkę ludzi. Jeszcze w niéj nie rozpoznał nikogo, gdy już w sercu wiedział, że ma naprzeciw sobie tego, którego szukał.

W istocie, w pośrodku gromadki, która szła powoli w cieniach kolumnady, ukazała się poważna głowa Apostoła, spoglądającego smutnie na miasto i tłumy śpieszące ku rozpuście, co noc im całą zająć miała.

Oczy jego i usta zdawały się modlić i błagać o upamiętanie.

Symon zadrżał — przyśpieszył kroku, i zbliżywszy się stanął oko w oko Piotrowi.

Ale zjawisko to nie przestraszyło Apostoła ani chwilę, nie zadziwiło go nawet — jakby wprzódy wiedział kogo spotka, stał nieruchomy, czekając by Symon piérwszy usta otworzył.

— Otóż zeszliśmy się tu oba, na téj ziemi obcéj — rzekł śmiejąc się Magus... — Piotrze! Piotrze! tu cię wyzywam do walki!