Szał tłuszczy krwi chciwéj dochodził do wściekłości, a spokój męczenników, znoszących go z majestatem stoickim, zwiększał jeszcze zapamiętałość jątrząc i drażniąc tych, którzy jęków i boleści pragnęli.
Ciała obnażone starców, niewiast, mężów i dzieci oblewano smołą i zażegano jak pochodnie, a przy blasku tych ogni puszczano psy na odzianych skórami dzikich źwierząt chrześcijan, którzy z rękami podniesionemi do góry, modlili się za swych oprawców. Indziéj zatapiano ich w naczynia płonące, w których wrzała smoła roztopiona; wieszano na drzewach, krzyżowano u słupów... a wśród téj krwawéj igraszki, nie słychać było tylko krzyki katów, bo lud Boży konał po cichu dla Chrystusa...
I w téj pierwszéj wielkiéj próbie nie było ktoby upadł i zaparł się prawdy... poganie zdumieni, znużeni, przelękli, stali w osłupieniu.
Zdala, wśród dworu Cezara stał Symon Magus, okiem chciwém szukając w tłumach Piotra... ale go tam nie było.
— Nie wszyscy tu są jeszcze — mówił do otaczających — daleko więcéj Rzym kryje ich w sobie i głównego sprawcy nie pochwyciliście jeszcze... ukrył się lub uszedł...
Walka nie skończona! odżyją z tych stosów... Patrzcie jako są silni... cóż im daje tę moc? czary ich? Azali może człowiek wycierpieć tyle i konać z takim spokojem, gdyby nie był wspomożon potęgą nam nieznaną?
Przelękły i blady, wymówił te słowa, które już były w myśli wszystkich, patrząc na dziécię piętnastoletnie, które z uśmiechem na ustach, z rozpuszczonym po piasku włosem, z rozdartą piersią, konało, jakby w niebiańskim zachwycie.
Tuż obok trup jego matki dogorywał u słupa nagięty jeszcze ku dziecięciu...
Gasły wreszcie te pochodnie żywe, które dzień otwartego boju pogaństwa z Chrystusem oświeciły, konali na krzyżach ostatni... wywlekano trupy hakami, i tłum milczący, nie napasłszy zemsty, przejęty i zdumiony, stał niepokojąc się łatwém zwycięztwem.
Z Cyrku w tryumfie niesiono Cezara, obwieszanego palmami i wieńcami.