— Co ci jest? zdajesz się mieszać? — spytał Cezar szydersko.
— Nic mi nie jest... nie widzę jeszcze jasno... rozwidnia się! postrzegam! W istocie... śmierć mi zagraża niechybna, którą tylko cud bogów odwlec może... tak jest! przyszła godzina libacyi bogom podziemnym i ofiary Eskulapowi...
Cezar, pomimo nawyknienia do ukrywania swych uczuć i wrażeń, zdawał się widocznie zdumiony i przelękły.
— Gdzieżeś to wyczytał? — zapytał.
— W sobie — rzekł uspokojony Thrasyllus. — A tém ciężéjby mi było umierać — dodał po chwilce — że śmierć moja o rok tylko poprzedzi największe dla Rzymu nieszczęście.
— Nieszczęście Rzymu? jakie? mów wyraźniéj — podchwycił Tyberyusz.
— Śmierć twoją, Cezarze — śmieléj zawołał wieszczbiarz...
Na tę wzmiankę twarz pańska pobladła straszliwie i powleczona na chwilę tą białością trupią, ukazała się straszniejszą jeszcze, bo na niéj wszystkie plamy wrzodów i blizny stare schorzałego ciała zarysowały się sino.
Stał chwilę niemy, potém rękę wyciągnął ku astrologowi, a on przyklęknąwszy ucałował drżącą dłoń Cezara.
— Nie obawiaj się — rzekł — niebezpieczeństwo minęło; ale ci Apollo dobrze podszepnął! — I z lekka klasnął na niewolników.