Widok rozpusty wcześnie w nim zaszczepił upodobanie w igrzyskach, biesiadach, tańcach i ucztach, a noce, które spędzał w Caprei, w długiéj sukni, z rozpuszczonemi przyprawnemi włosy, wśród greckich zalotnic, głośne już były naówczas.
Dziwniejszém nad to jednak, co przykład i wiek tłumaczył, był zupełny brak serca, które zawczasu zabił w sobie, chcąc się przypodobać wielkiemu wzorowi, jaki naśladował. Śmierć matki, los braci wygnanych, poniżenie rodziny i pamięci ojca, nie wywołały zeń ani łzy, ani nawet mściwego oburzenia. Zastąpił wszystkich, wziął spadek po nich i okupywał życie, starając się być odbiciem niecnót i charakteru Tyberyuszowego.
Stał się też godnym tego wielkiego wzoru wychowanek Macrona i syn przybrany starego Kozła Caprei.
Jakkolwiek zepsuty wcześnie i rozpustą zwątlony już Cajus, miał na złe przebiegłości dosyć, choć się z nią taił starannie.
Macron, towarzysz nieodstępny Cezara, żył z całą rodziną w domku niedalekim od willi Jowiszowéj, od którego wschody tylko wiodły do głównych portyków. Tu zamknięta w gynecaeum, lecz znana dobrze z piękności, mieszkała żona wodza pretoryan, Ennia Naevia.
Trochę z nudów i swawoli, może z rachuby, Cajus, poznawszy ją, starał się do niéj przybliżyć.
Pod niebytność Macrona, z pomocą przekupionych sług wcisnął się do jéj domu, i piękną, zalotną Rzymiankę, któréj nic nie broniło od uwodziciela, łatwo sobie pozyskał pozorem miłości i nadziejami wielkiemi.
Panowanie jéj nad umysłem męża i wpływ, jaki ta słaba na pozór, młodziuchna istota, wywierała na niego, co się żadnemu nie zdawał ulegać — zbliżyły do siebie Cajusa i Macrona, których ona starała się sprzyjaźnić.
Szpiegi, których tam każdy miał za sobą, chodzące jak cień, śledzące krok każdy, wnet doniosły Tyberyuszowi o tajemnych wycieczkach Caliguli; starzec miał wówczas podobno powiedzieć z uśmiechem, że węża hoduje dla rzymskiego ludu.
W istocie, przyjacielem Macrona głosił się i okazywał Cajus, w chwili kiedy go zdradzał najboleśniéj; ale w téj społeczności zobojętniałéj nic nie było świętego — jeden strach tylko mógł ją powstrzymywać od ostatecznego rozpadnienia.