Po powrocie Macrona z Rzymu, nikt nie był świadkiem rozmowy Cezara z posługaczem zemsty jego; wyszedł z niéj jednak wódz pretoryanów zniechęcony i znękany, a oko Cajusa dostrzegło w nim rodzącą się niechęć i znużenie.

Więc go zaraz objął w portyku jak przyjaciela, najczulszemi obsypując wyrazami. Zimny na nie pozostał Macron i grzeczném tylko uszanowaniem odpowiedział na poufałe przymilenie; powrócił do domu swego, śpiesząc do gynecaeum, gdzie strojna Ennia już nań niecierpliwie oczekiwała.

Jéj jednéj powierzał się Naevius, ona jedna znała do dna to serce zamknięte.

Wychodząc naprzeciw długo niewidzianego męża, zalotnica przybrała się we wszystko, co wdzięki jéj podnieść i siłę ich powiększyć mogło. Tunika jéj liliowa, szyta złotem, na drugą lżejszą włożona, odsłaniała pierś białą i ręce jak z marmuru wykute, okryte naramiennikami i klejnotami świetnemi. Wysadzane szafirami i rubinami patagium40 zdobiło piękną jéj szyję i długim pasem do kolan spadało, błyszcząc wśród fałdów sukni, w drobniuchne zebranéj marszczki. Na nogach miała koturny purpurowe, z taśmami wysadzanemi perły, a woń jéj zwiniętych w górę i bogatemi iglicami poprzepinanych włosów, rozchodziła się po całéj izdebce.

Jedwab’ i złoto, wbrew prawu, zwanemu lex Oppia, zakazującemu ich użycia, lecz już wówczas zarzuconemu powszechnie, same na jéj wytworny strój się składały. Lecz i bez niego młodziuchna Rzymianka pochwycić mogła za serce wdziękiem, świeżością, powabem zalotności naiwnéj i umiejętnie na przemiany w oczach malującém się weselem i tęsknotą; uśmiech i łza nic ją nie kosztowały, a wiedziała dobrze, jak ich i kiedy używać.

Pomimo czarnego włosa, Ennia miała jasno-niebieskie oczy, pełne wyrazu jakiegoś lubieżnego omdlenia, które radość nawet we łzach kąpała, a płeć tak śnieżną i ramiona tak zaokrąglone cudnie, że patrząc w malutkie z polerowanego kruszcu zwierciadełko, nieraz sobie po cichu mówiła sama, że i obok Cezara nawet (gdyby jéj kiedy Bogowie zdarzyli być żoną jego) — wstydu by mu nie zrobiła.

Macron czy Cajus — któż wie? jeden z nich mógł po Tyberyuszu Rzymowi panować; obu ich miała w ręku, i wybrać mogła co los by wyżéj postawił.

Gdy przychodzący od pana Macron upadł na miękkie siedzenie, poduszkami okryte, Ennia zbliżyła się ku niemu nieśmiało, chcąc otrzéć pot z uznojonego czoła, na którém dostrzegła boleść i znękanie...

Chwilkę milczeli oboje, ona czekała by przemówił, drżąc w duszy a chcąc się okazać odważną, on zdawał się przybity i bezsilny; wreszcie kobiéta zaczęła piérwsza.

— Smutny jesteś Naeviolu mój — pieszczotliwie odezwała się do niego, — wszakże ci pomogli Bogowie, wyszedłeś zwycięzko a cały świat w téj chwili błogosławi twojemu męztwu i sile... Cezar sam spokojność ci zawdzięcza.