Oba jednak, z wejrzenia na siebie, domyślili się wspólnego pochodzenia.
Długo w pustém atrium czekać musiał starzec zamyślony, nim wódz pretoryanów powrócił z czatów, które u drzwi Tyberyusza odprawiał, nie mogąc się doczekać, by go przyjęto i wpuszczono. Postrzegłszy żyda, wchodzący Macron rozweselił się trochę.
— Mówią o tobie i sam tego doznałem — rzekł pozdrawiając go zaledwie — żeś biegły w sztuce Eskulapa? — I wpatrywał się bacznie w spokojne oblicze Heliosa.
— Cezar, pan nasz, cierpi i boleje, nic mu i nikt pomódz nie może; masz-li odwagę widzieć go i radzić?
— Spełnię twój rozkaz — rzekł Helios.
— Chariclésa wprawdzie wyśmiewa Cezar, nie wierzy w lekarzy, ma ich za oszustów i trucizników, ale go teraz boleść złamała, tamten już mu nadto zobojętniał, tyś nowy i świeżém okiem łatwiéj postrzeżesz co czynić można. Kto wie, może sobie zjednasz zaufanie jego? Bądź więc na zawołanie, gdy rozkażę...
Po krótkiéj téj rozmowie, odprawiony do miasteczka Caprei, gdzie mu puste domostwo wyznaczono na mieszkanie i do posług czarnego niewolnika, Helios usiadł spokojny oczekując co losy zdarzą. Posiliwszy się kilką figami, trochą owoców i wina, rozwinął zaraz księgę swoją i zatopił się w czytaniu.
Znać śledzić go musiał Ruben, gdyż po chwilce zapukano do drzwi i piękny chłopak wszedł na próg, drżącemi usty po grecku pozdrawiając przybylca...
Byli sam na sam, gdyż niewolnik, wysłany po wodę i sprzęty, odszedł na chwilę.
— Nie jesteś Grekiem? — spytał niespokojnie Ruben.