— Nie — odparł Helios — ród mój pochodzi z Judei, a ty?...
— Jam Ruben, syn Dawida — zapłakał rzucając mu się do nóg dzieciak.
Podobieństwo do utraconego syna, którego tak kochał, niespodziane znalezienie jednego ze swoich, przeraziło i rozradowało Heliosa.
— Niech Bogu naszemu będzie chwała! — zakrzyknął podnosząc ręce do góry. — Dziécię moje, co cię tu przywiodło?
Ruben twarz zakrył rękami i płakał długo nim mógł słowo przemówić i opowiedzieć, jakiemi losy przeprowadzeni zostali on i brat jego na tę wyspę, jak jego pochwycono i jak nikczemnie upadł, stając się pieszczoszkiem Cezara, ulubieńcem poganina.
Z surową twarzą słuchał go Helios i dwie łzy popłynęły mu spalonemi policzki.
— Gdzież nas nie ma! — zawołał — gdzie nie cierpim, gdzie się nie walamy! Na cóż przyszło plemię wybrane od Boga, które było naczyniem prawdy, któremu obiecany ten co podbije świat i poganom będzie panował!
— A! wyzwól nas! wyzwól! — z zapałem do ucałowania ręki jego się cisnąc zaczął błagać Hypathos — wyrwij nas z tego więzienia...
— Wiemże ja czy sam cało wyjdę z niego? — odpowiedział starzec smutnie — czy kości moje nie pobieleją na téj wyspie dalekiéj?... Bóg silniejszy nademnie, on mnie i was ocalić może... módlcie się do Boga Abrahama...
— A! ja zmuszony składam ofiary innym bogom, bogom Cezara — przerwał Hypathos — jam już naszemu stał się niewiernym i niegodzienem, chyba pomsty jego!