Długo może byliby tak tęskno rozmawiali z sobą, gdyby poseł od Macrona nie zawiadomił Heliosa, że go Tyberyusz kazał przypuścić do siebie.

Odziawszy się więc w suknię grecką, obmywszy z pyłu, starzec wszedł, nie bez bojaźni wielkiéj w sercu, do willi Jowiszowéj. Na progu już, kilką słowy ostrzegł go Hypathos, jak się miał znajdować w obliczu Cezara.

— Nie okazuj nigdy, żeś odgadł myśl lub słabość jego, udawaj nierozum, nie objawiaj strachu... słów nie szczędź i do zbytku nie oglądaj się na nie; niewierzącemu w lekarzy, sam opowiadaj o niepewności swéj sztuki... i niech cię Bóg Izraela, jedyny Bóg nasz, potęgą swoją osłoni!

Helios na te troskliwe przestrogi uśmiechnął się smutnie.

— Zaprawdę — rzekł — będę czém jestem... a spotka mnie co Bóg przeznaczy!

Na drodze, o kilkadziesiąt kroków od miasteczka, spotkali się z Chariclesem, lekarzem greckim, wyzwoleńcem Cezara, który dowiedziawszy się od Macrona o przyjeździe żyda, śpieszył go widzieć i poznać. Charicles imieniem tylko był lekarzem Tyberyusza, stary bowiem, nawykły żartować z niego, niedowierzający mu, nic z ręki jego przyjąć nie chciał, czasem tylko sadzał do biesiady, aby strachem się jego nabawić. Zręczny Grek, nie mogąc lekarzem, stał się histrionem i rozrywał starca trafnemi żarty, lub kadził niesłychanemi pochlebstwy.

Był to jeden z tych typowych Greczynków (graeculi), których naówczas mnóstwo uwijało się po Rzymie, dworak, pochlebca, pasożyt, mim w potrzebie, człeczek, coby, jak mówi poeta, do nieba polazł za obiadem, a datek największą się nie wahał okupić podłością. Obok tego, Charicles tak był dumny ze swego pochodzenia i mądrości, że Rzymian w duszy miał za barbarzyńców, i choć sile ich i potędze się kłaniał, między swojemi przedrwiwał z nich, udawał, że się ich języka nauczyć nie może, o stolicy mówił z lekkim przekąsem o pozornéj cywilizacyi ruszając ramionami. Zarozumiały a zepsuty, płaszczył się potém nie tylko Macronowi, którego szerokie plecy szanował, ale ostatniemu wyzwoleńcowi, co mógł go zastraszyć lub zapłacić.

Na to były zeszły charaktery w téj niegdyś bohatérskiéj Grecyi, a przynajmniéj takiemi one okazywały się w Rzymie, wpośród wychodźców, których tu było pełno, najrozmaiciéj zarabiających na chleb powszedni.

Charicles przymilający się, układny, potakujący a razem szyderski, jedną stroną twarzy uniżał się, drugą wyśmiewał; największy zapał i uwielbienie przychodziły mu i odstępowały go na rozkazy.

Przyznać mu to jednak potrzeba, że nawet w największém uniesieniu kropla zawsze ironii jakiejś być musiała. Miał on swój naród i siebie za jedynych wybranych, Rzymian za śmiesznych barbarzyńców, ich język zaledwie godzien wyrażać pospolite życia potrzeby, resztą świata za półzwierzęcy motłoch, ale nie sądził by powagą i siłą duszy dowodzić mu było potrzeba dostojności swego rodu.