— Ja sobie żadnéj nie przyznaję...
— Pozwólcie żebym wam jako dobry przyjaciel z góry oznajmił, że nie wiele tu jest do zrobienia... Ciało zniszczone, dusza je wielka stargała... starość złamała do reszty. Przytém — dodał ciszéj i poufnie — więcéj ludzi zgubiła niepowściągliwość, niż głód.
Żyd milczał; ta wstrzemięźliwość jego dla wielomównego Greka była niecierpliwiącą i niezrozumiałą; pojmował, że mógł mu prawdy nie mówić, ale wymagał słów choćby próżnych.
— Tajemniczy jak wyrocznia! — rzekł w duchu — Nie ma niebezpieczeństwa! z tą powagą i niezręcznością nie daleko zajdzie u Cezara!
Gdy się już zbliżyli do willi, przy któréj Macron z kilką wyzwoleńcami stali oczekując na starca, Charicles opuścił przybyłego, zapewniając go o najgorętszéj przyjaźni, zrodzonéj nagle, za piérwszém wejrzeniem, a już tak niepokonanéj, że jéj był gotów życiem dowodzić. Żyd przyjął to milczeniem obojętném, bo życie nauczyło go w tak żywe oświadczenia nie wierzyć, wziął więc zaklęcia za to, co były warte.
Na willi wszystko było w głębokiéj pogrążone ciszy, ludzie obawiali się przemówić głośniéj, niewolnicy i słudzy przesuwali się jak cienie milczące.
Cezar spoczywał zamknięty.
O nowo przybyłym już był zawiadomiony i na usilne nalegania Macrona, choć z szyderskim uśmiechem, dopuścić go do siebie pozwolił.
Maleńka izdebka, w któréj spoczywał po łaźni na purpurowych węzgłowiach, nie wiele oświecona wdzierającém się przez zasłonę drzwi światełkiem, otwarła się przed Heliosem, który paść musiał na kolana pana ujrzawszy.
Tyberyusz podniósł głowę, zwrócił nań oczy i popatrzywszy długo, skinął by powstał.