— Jestże słowo, któreby wypowiedzianém nie było, któregoby od Saturnowych czasów usta nie wymówiły czyje? — zawołał Tyberyusz.
Żyd zamilkł; wtém starzec jęknął nagle, bolem jakimś schwycony i spójrzał srogo.
— Cóż mi radzisz? — rzekł zwracając do piérwszéj rozmowy.
— Co cierpisz? — spytał żyd.
— Zgadnij!
— Nie wiem.
— A jakimże jesteś lekarzem?
Po chwili namysłu, krwawą powiódł źrenicą i dodał:
— Cierpię okrutnie... ale nie wiem gdzie choroba moja.
— Jeden spokój duszy może boleści wszelkiéj być lekarstwem.