— Charicles — rzekł — długich mu dni nie wróży... resztę Bogowie sami wiedzą... Rzym znużony, wszystko znękane i przelękłe, on sam zgnieciony życiem... nie długo potrzebujemy cierpliwości.

— Zrobię cię uczestnikiem w Konsulacie i Trybunacie, dam ci władzę jakiéj zapragniesz, wyniosę wyżéj niż... — tu mu słowa zabrakło — ale ty mnie nie opuścisz Macronie... Milczenie! na Bogi! Ściany wydać gotowe! Jakiéj zechcesz prowincyi, jakiego zapragniesz królestwa... Wschód, Iberyę... Egipt... Gallię... Grecyę... masz do wyboru... lub wreszcie Legije twe i Rzym... ale mi bądź przyjacielem szczerym... Macronie.

I niespokojnie dłoń mu podał.

— Milczmy, Panie! — szepnął pretoryanin — ja nic nie pragnę... zobaczemy! wiem, że nie zapomnisz sługi...

— Niechby Bogowie o mnie zapomnieli, gdybym o tobie miał zabyć! — żywo przerwał Caligula. — Ten żyd — szepnął po cichu — i ten żyd przydać ci się może! Rozumiesz... ale cicho! Blizko od Capitolu do Gemonij... ręka twoja, Macronie! ty mnie rozumiesz...

Pospiesznie tak, urywanemi słowy, oglądając się mówił Cajus, a twarz jego, zwykle pokryta wyrazem niewolniczym, rozżarzała się i mieniła. Macron milczał, nareszcie oba usunęli się powoli w głąb domostwa...

Charicles odprowadzał starca, aż do Caprei a po drodze filozofowali po grecku. Wprędce jednak postrzegł mądry lekarz, że stary Judejczyk nie samą filozofiją i nauką helleńską był tuczony, łatwo mu było dobadać się w nim żywiołu obcego, który zmarłéj w sofizmatach, martwéj litery greckiéj mądrości nie ogrzewał.

Grek, który w swoją tylko wierzył mądrość, uczuł jakąś wzgardę dla barbarzyńca, co na równi z filozofiją jego kładł marzenia nieuznane, wątpliwego pochodzenia — nie mogąc go przekonać i upokorzyć, ustąpił z szyderstwem i wzgardą.

— Ci ludzie — rzekł odchodząc — chorują jeszcze na te zęby mleczne, które my już do dziąseł zjedliśmy, wierzą prorokom, odnoszą wszystko do Bogów... Myśmy już wyżéj tych babskich bajek i przywidzeń!

A jednak Grek po raz piérwszy od dawna uczuł się niespokojnym i nie rad z siebie.