Helios wrócił modlić się do pustego domku na górze w miasteczku i długo siedział na tarasie swoim, wieczorem patrząc ztąd na szerokie morze, na dziwnéj piękności obraz otaczający go w którym czuł się jakby bliżéj swojego Boga, tysiącem głosów przemawiającego do jego duszy.
Wieczór wyziewami dnia parnego powoli osłaniał najbliższe nawet lądy, pół przezroczystą szatą, wyspa zdawała się pływać w eterach zawieszona, osamotniona i smutna.
— Wielki Bóg — rzekł żyd zwijając księgę modlitw — ręka jego opatrzna... człowiek słaby i mały! Oto cała wielkość świata i Rzymu potęga, skupione na jednéj głowie, w jednéj dłoni, powierzone jednéj woli, a z piersi władzcy dobywa się jęk, a dłoń potnieje od bolu, głowa drży... siły opuszczają... głosu proroków słucha i lęka się...
Od chaty ubogiéj do pałaców, wszędzie niepokój jakiegoś oczekiwania, wszędzie słuch natężony, zewsząd oczy na Wschód wlepione... Messyasz idzie! Messyasz przyszedł! poganie nawet go czują... Niewidzialny jest przytomnym, niesłyszemy o nim a wiemy... godzina wyzwolenia ludzi zbliża się powoli.
To mówiąc, jął przypominać słowa pisma i łzami zapłakał radosnemi, rozmyślając jak wyraźnie mówiły o Obiecanym, który, nawet wedle rachub kabały żydowskiéj, musiał się zjawić w téj chwili...
Już Capreä usypiać poczynała i w domu tylko Cytherissy brzmiały flety i lutnie, pozdrawiające przybycie Cajusa, przychodzącego bawić się skoczkami i śpiewem Greczynek, gdy Helios powoli zszedł na dół i układł się na spoczynek.
Niewolnik jego czarny już był drzwi zaryglował, gdy stukanie do nich słyszéć się dało i nieznany głos począł wpuszczenia domagać.
Lampa nocna gorzała jeszcze na kandelabrze, wpuszczono więc dobijającego się przychodnia.
Był to biedny rybak z wybrzeżów, który dniem pokazywać się nie śmiał, ten sam, któremu twarz ostrą łuską barweny i twardą raka skorupą kazał podrzéć Tyberyusz, a potém ze skał go zrzucić.
Nieszczęśliwy winien był ocalenie swoje nadzwyczajnemu od dzieciństwa przywyknieniu do drapania się po skałach. Silną ręką niewolników ciśnięty, leciał już powietrzem ku morzu, gdy rozpacz, mimo krwią ociekłéj twarzy i zasłonionego wzroku, otwarła mu ręce, a los dał pochwycić nad przepaścią zwieszoną gałąź drzewka, które wyrosło między skał szczeliną.