— Wszystko sen! — odpowiedziała cyganka, podając mu kubek wody. — Pij, orzeźwij się i bądź pozdrowiony z powrotem pod szatrę naszą! Sprobowałeś życia gadziów, serca ich, szczęścia: powiedz, czy ci lepiéj było z niemi jak z nami?
— Ale to sen! to sen chyba! — trąc oczy począł Tumry. — Prawda! Janek mi wczoraj prawił o cyganach; cały wieczór rwałem się aby pójść ich zobaczyć, alem się spać układł w chacie: jakaż mię tu siła przyniesła?
— Siła, która ptaka pędzi do gniazda, a zwierzę do jamy — odparła śmiejąc się Aza — a któż zna tę siłę, która mocniejszą jest od nas?
Tumry patrzał i opamiętywał się powoli.
— Gdzie Aprasz — spytał — gdzie jego żona.
— Żona jego śpi na rozdrożu — odparła Jaga.
— A Aprasz śpi u ogniska — rozśmiała się Aza — bo od dziś przestał być wodzem naszym! Podniósł rękę na mnie i upadł! Patrz — odsuwając się i odsłaniając siedzącego, dodała dziewczyna — oto Aprasz, który mnie, mnie chciał miéć swoją żoną i niewolnicą! Skiń mu głowę lub pluń na niego, jak chcesz, a nic ci już nie zrobi, bo przestał być silnym!
Wtém stary wódz chwycił się, ukłóty słowem, od ognia, i porwawszy topór leżący na ziemi, z wściekłością rzucił się na Azę; ale nim ją mógł ugodzić, Tumry zerwał się na niego, wpół go objął i powalił, a nadeptawszy nogą gardło, wyrwał mu z rąk siekierę.
Ich oczy spotkały się z sobą i starły wejrzeniem krwawém, a Aprasz zaryczał i dłoń spuścił i źrenicę.
— Tak! — rzekł głucho — jam już bezsilny! Nie panować mi nad wami, ale iść za wozem waszym i słuchać! Puszczaj Tumry, na Mroden-oro (Boga), na Mutes-oro (śmierć), na Nasua-oro (chorobę), giwes-oro (dzień), na rat-oro (noc) klnę się, nic wam złego nie zrobię; puść mię niewolnika.