— Nie pójdę, bo nie chcę; pójdę, gdy mi się spodoba! Słyszysz, Aprasz! nie boję się ani twych gróźb, ani topora, ani gniewu; a od dziś dnia tyś mi nie dados, ja ci nie ciaj: my obcy! Idź jeśli chcesz i gdzie chcesz moi mnie nie porzucą.
Cygan zaciął usta, błysnęło mu oko czarne na białku, zamilkł i ustąpił.
Co się tam działo w sercu zrzuconego z panowania wodza, którego władzy ostatnia wybiła godzina z ostatnią nadzieją, to tylko jedna może wiedziała Aza, bo go lepiéj znała od innych. Cały wieczór nieruchomy przesiedział przy ognisku, nie mówiąc słowa, nie dając rozkazów, w postaci jednego z tych królów zwyciężonych, jakich nam stare wystawiają rzeźby w wykopaliskach grodów Azyi i Egiptu. Byłby skonał w téj męczarni, gdyby boleść taka zabić mogła; ale ona dręczy, a żywi i dobywa życie z człowieka, by cierpiał.
Aza wzięła rządy nad gromadą nie zważając na niego; ona rozstawiła wóz, ludzi, sprzęty, rozdała wieczerzę, i jak na wzgardę misę strawy z okrajcem chleba kazała postawić przed tym, któremu dotąd piérwszy kęs i piérwsze należało miejsce. Cyganie zdawali się nie zważać nawet na wczorajszego wodza, i jak chorego lwa, każdy z nich jeźli nie nogą, to słowem bolesném potrącał; bo Aprasz bezsilny, zwyciężony, od téj chwili wodzem być już przestał.
Właśnie o krok od siedzącego na zwalisku swéj potęgi Aprasza, obłąkany, senny, padł Tumry, łoskotem upadku swego przestraszając bandę całą.
Aza, która czuwała, chwyciła zapaloną gałąź z ogniska, i przybiegła piérwsza zobaczyć co się stało. Zdawało się, że przeczuła Tumrego, że się go spodziewała: tak zwycięzko spojrzała na twarz jego bladą, martwą, wychudłą, oświeconą płonącą gałęzią sośniny.
— Tak! to on! — zawołała dziwnym głosem — wiedziałam że to on być musi. Ciągnęłam go tu i przyciągnąć musiałam. Ale trup! ale martwiec i upiór! A! a! — dodała zlewając twarz jego przyniesioną przez Jagę wodą z kociołka — cóż mi z niego zrobili gadziowie, i ta jasnowłosa egaszi, dla któréj romów i ich życie porzucił! Na twarzy znać co wycierpiał! Biédny Tumry! zestarzał, znędzniał, nawpół umarł i zamęczył się.
Tumry w téj chwili otworzył oczy, podniósł się na łokciu, i zdziwionym wzrokiem powiódł po dziwnych otaczających go postaciach, gorące oko topiąc w pięknéj dziewczynie, która z uśmiechem litości stała nad nim w blaskach swéj pochodni, jak nieziemskie zjawisko. To widzenie wydawało mu się jeszcze dalszym snu jego ciągiem.
— Gdzie ja jestem? — spytał schrzypłym od znużenia głosem, spozierając na romów i na skrwawione piersi, ręce i nogi swoje — nie jestżem w chacie pod cmentarzem, gdziem się spać położył? Gdzież Motruna? kto mnie tu przeniósł! Czy to życie snem tylko było?