— Ale wy — przerwał Tumry — cóż z wami się działo? gdzieście byli, co was przygnało tu znowu, na szczęście czy nieszczęście moje?
— Ja! — zawołała Aza — chciałam zobaczyć co się z tobą dzieje. Aprasz się sprzeciwiał, ale usłuchać mnie musiał! Życie szło jak idzie życie: dzień do dnia niepodobny, a zdaleka bracia rodzeni! Paliło się kowadło, sapały miechy, pracowały ręce, a Aza śpiéwała i skakała gadziom za łowy! (pieniądze). I ot, widzisz, przyszliśmy tu wreszcie może umyślnie po ciebie, a może do młodego Raj’a Adama.
Uśmiechnęła się nieznacznie.
— Co robi Raj Adam? — spytała — czy zawsze życie mu tak długie, a młodość tak ciężka do dźwigania?
— Nie wiém — cicho odpowiedział Tumry. — Raj ożenił się był z jakąś gadzią, mówią, że go zwodziła z drugim...
— A cóż miała robić biédna! — rozśmiała się Aza — musiała!
— Pojechali gdzieś daleko po zdrowie dla niego, po wesele dla siebie, a rani (pani) tam umarła.
— Umarła! o! jakże dobrze zrobiła! — zawołała klaskając w ręce Aza — znowu go męczyć będę! We dworze więc pusto?
— On sam tylko!
— Co powié zobaczywszy starą znajomę! — poczęła Aza śmiejąc się do swéj myśli. — Jutro, nie daléj jak jutro, przystroję się jak rani, i polecę do niego!