Spojrzała na Tumrego; on chmurny obracał w ręku zagasłą głownię i milczał.
— Pójdę go męczyć — powtórzyła i śmiać się! A! żebyś wiedział Tumry, ilemto ja już gadziów miała: choć brać garściami! A co mi ofiarowali, a jak się modlili do mnie! Było ich widziéć gdy lecieli za Azą jak gromada szukelów brzęcząc pieniędzmi i obietnicami! Gdym widziała, że który z nich poddać się nie chce i patrzy na mnie chłodno, tom póty paliła go, pociągała, czarowała, ażem za sobą powiodła! O! miałamże miałam roskoszy, gdy wywiodłszy ich daleko, rzucałam po drodze jak ogryzione kości!...
Coś okrutnego było w mowie cyganki, a jednak taki był urok jéj wzroku i głosu; że Tumry drżąc oderwać się od nich nie mógł! patrzał, słuchał i spragniony długą żądzą, nasycić się nie mógł.
Pięknąbo była przy ognisku, a świeże zwycięztwo okrywało ją jeszcze powagą jakąś i siłą nową! Tumry nigdy jéj taką nie widział.
— Ale mówno mi o sobie — zbliżając się i łagodniejąc, odezwała się Aza, o swéj — bukuni (domku) o egaszi (żonie), o życiu!
— Wszystkom ci powiedział — smutnie rzekł i powoli cygan. — Egaszi dobra i poczciwa, ale jéj tęskno za swemi, których nie widzi, jak mnie za male (polem) i namiotem! Płacze i płacze biédna! Bukunia moja, którą krwią i potem zlepił; wygnanka, jak my za siołem stoi na pustkowiu i patrzy się w państwo Mutes-oro, na cmentarzysko gadziów. Ciasno w niéj, głodno, zimno i pusto...
— A nie kwiliż w niéj dziécię? — spytała zamyślona Aza.
— Nie — odparł Tumry — ale kto wié, kiedy się ten głos z drugiego świata piérwszy raz da słyszeć? dziś, jutro może.
Dziś! jutro! toś przepadł? — odpowiedziała cyganka. — Niechno zapłacze dziecina, a uwięźniesz tam na zawsze przy swojéj bladéj egaszi, i zeschniesz w pracy i utrapieniu!
Skinęła ręką!