— Ej strzeż się cyganie — rzekł — małym ja człecze, ale jak Bóg Bogiem, jak psa cię zabiję, jeźli żony i dziecka pilnować nie będziesz!!
Tumry uśmiechnął się szydersko i wzgardliwie.
— Janku! rzekł, tobieżto mnie grozić?
— E! i robak kąsa śmiertelnie! — zawołał mały — i ja potrafię choćby robakiem być tobie.
To mówiąc zniknął biegnąc ku wsi, a Tumry wrócił do chaty.
Serce mu się ścisnęło na widok biednéj kobiéty, któréj czoło pot śmiertelny, a twarz bladość okrywała trupia. Spoglądając na niego, jakby błagała o litość dla siebie i dziecięcia, uczuł się winnym choć nie wiedział, jaka siła pchnęła go do grzechu i przykląkł u łoża.
— Co się stało? jak to było? — spytał, ja nie odszedłem od ciebie własną wolą!
— Czarownica cię widać pociągnęła — odpowiedziała słabym głosem Motruna. — Kiedyś spał, zerwałeś się, pobiegłeś, chciałam iść za tobą i upadłam.. Nie wiém co się działo ze mną i kiedy mi Bóg dał dziécię... Otworzywszy oczy spostrzegłam w progu poczciwego Janka, który mnie widać od drzwi przeniósł na łóżko...
Tumry spoglądał na kwilące niemowlę i myśl jego przebiegała cały szereg ciężarów i obowiązków, jakie dla niego na świat przyszły z tém dziecięciem... We dwojgu ledwie żyć mogli: — troje umrzeć musieli... Potrzeba było pomocy osłabłéj Motrunie, pokarmów dla niéj, pieluch dziecinie, sługi w chacie i chleba! chleba! chleba!
Tumry zarabiając nań, musiał opuścić żonę samą, a nie było jéj komu dopomódz w piérwszych dniach słabości.