— Stój, — zawołał Tumry po cygańsku do niéj — agaszi boi się ciebie, drży, płacze; odstąp się ku drzwiom.

— A czegóż się boi twoja gadzia? — spytała Jaga, siadając u progu na ławie — alboż nie żona cygana, alboż to my nie swoi, a nawet nie krewni?... Jabym jéj koło dziecka pomogła, bo ona widzę zacałuje go i zaściska, a poradzić mu nie potrafi.... Toć to moje rzemiosło... i daj mi Mroden-oro tyle lat żyć jeszcze, ilem ja romów i gadziów dzieci na świat wyprowadziła!

— Nie bój się kochaneczko, — zaczęła po wiejsku ale złamanym językiem, starając się przymilić i głos schrzypły spieszczając, a uśmiech czyniąc łagodnym — a toćto i wielkie panie, i ekonomowe, nawet i szlachcianki, nie jeden raz posługiwały się Jagą! Ja się znam koło dzieci, a tobie to podobno piérwsze, to je niebożątko zamorzysz z wielkiéj miłości.

Powstała chcąc się zbliżyć, ale ruch Motruny rzucającéj się do dziecka, oznajmił jéj, że żadnéj nie przyjęłaby pomocy.

— Słuchaj Jago — rzekł Tumry — możesz inaczéj mnie poratować; weź się, rozpal ognia, nastaw wody, zgotuj co... Ona głodna... ja cały dzień pono nie jadłem, i dziecku coś będzie potrzeba...

Staréj w to graj, bo bardzo pragnęła zajrzéć po kątach, a gdyby się co trafiło, wyciągnąć po cygańsku; więc na piérwsze słowo zrzuciła z siebie płachtę, postawiła kij w kącie, i zakasała podarte rękawy.

— A gdzie żar? gdzie woda? gdzie śpiżarnia? Macie mléko?

Tumry uląkł się tylu potrzeb razem...

— Żar... poszukaj w popiele, być musi; woda? zobacz w wiadrze;... w śpiżarni niewiele znajdziesz, a mléka! mléka nie mam...

— Jakto! ani kozy nawet? — zapytała cyganka.