— Ani kozy! — westchnął Tumry.

— O złyż z ciebie gospodarz! — uśmiéchnęła się Jaga rozgarnując popiół, — widać żeś zrzucił skórę romów i rozum ich! Żeby téż tyle tu siedząc, kozy nie dostać nawet! A włóczy się to tego tyle po polu bezpańskich! mogła się która przybłąkać... Ha! ha! ha! a bałbyś się żeby nie poznali, to ją zaraz było przehandlować na targu... Zły z ciebie gospodarz!

— Cóż tu gotować? — spytała — zkąd ja tu wezmę przyprawy? a i wody nawet ledwie męty!

— Po wodę pójdę — rzekł Tumry.

— Nie chodź, nie zostawiaj mnie samą — szepnęła Motruna.

— Po wodę i ja schodzę — odezwała się Jaga.

— A wiész gdzie ona?

— O! uczyć mnie nie trzeba: jużcić dokąd najlepiéj ubita ścieżynka, tam woda pewnie! A może gdzie kozę lub krowę spotkam, to ją dla was wydoję; dajno garnuszka tylko.

— Jago! będzie biéda! — rzekł Tumry.

— A tak to jéj nie ma? — odparła cyganka. — Lepiéj z głodu zdychać, czy na szubienicy tańcować? — wszystko jedno! Daj garnuszka.