Stara wychodzić miała, kiedy się zjawił Janek, z mlékiem, chlebem, dzbankiem wody i węzełkiem krup: trochę tylko drzwi uchylił, dary swoje wsunął, słowa nie rzekł i wybiegł nazad pędem.
Jaga pochwyciła wszystko, a węzełek naprzód wetknęła za pazuchę dla siebie, udając, że mléko przelewa aby je zagrzać prędzéj. Nikt tego złodziejstwa nie spostrzegł.
Od tego poczęła stara swoją posługę w lepiance Tumrego, w któréj od téj chwili rozgościła się już śmiało, widząc się potrzebną.
Dzień już był jasny na niebie, i słońce dopiekało, gdy Aza rozporządziwszy wszystko w obozie, i zdawszy dowództwo cyganowi zwanemu Puza, bo czuła że jako kobiéta utrzymać się na niém nie potrafi; wybierać się poczęła do dworu. Puza niemłody już cygan, krępy, mały, brzydki, który dotąd był ofiarą Aprasza i męczennikiem jego, zabierał się teraz oddać za swoje, gdy niespodzianie kolej rozkazywania nań przyszła. Aza wybrała go umyślnie dlatego, bo była pewna, że dojrzy i uciśnie nieprzyjaciela.
Gromada chętnie się zgodziła na wskazanego jéj nowego dados (ojca) i poszła pod jego rozkazy, a Aprasza nie pytano o wolę.
Młoda cyganka weszła do namiotu i rozpoczęła strój nie bez wielkiego namysłu i rachuby. Wybrała co miała najpiękniejszego, najświetniejszego, w czém czuła że jéj było najlepiéj, i skąpawszy się cała w krynicy, utrefiwszy kosę czarną, któréj ogrom ledwie głowa dźwignąć mogła, wdziała koszulę perkalową naszywaną, kilka na nią sznurów korali i bursztynów, spódnicę w kwiaty, fartuch jedwabny, kaftan czerwony szyty, na wierzch narzucając rańtuch cienki, który ufałdować umiała z instynktem artystki.
Białe płótna i krasne farby ubrania, dziwnie podnosiły wdzięk jéj twarzy opalonéj, ale świeżéj i rumianéj, wśród któréj zęby i białka jak śniég błyskały. Z pod czarnych rzęs długich, gdy ognistém rzuciła okiem w potłuczone źwierciadełko, uśmiech przeleciał po jéj ustach...
— Zginiesz Raj’u, zginiesz w tych oczach! — zawołała w duchu — spalę cię na węgiel! o! spalę; żebyś był kamieniem to zapłaczesz!
— Czemuż mi tak słodkie łzy ludzkie? — poczęła się pytać siebie zadumana — nie wiem; ale kiedy je spostrzegę, gdy jęk posłyszę, to tak mi się chce mordować i męczyć, zabijać i nękać, jak dzikiemu zwierzęciu! A jednak, jednak — odpowiedziała sobie w duchu — gdyby mi tak Tumry zapłakał, zajęczał, poleciałabym może ratować go i bić się z tymi co mu łzy wycisnęli! Tumry! Tumry! Ale to już nie cygan: bladą egaszi pokochał, a Aza mu nie miła.. Wczoraj przecie przyleciał! O! i patrzał na mnie! a jak obronił od Aprasza! a jak zdawał się spragniony!... Nie! nie! — potrzęsła głową — Tumry przepadł... pójdę męczyć! Raj’a Adama.