I raz jeszcze wejrzawszy w zwierciadełko, śliczna Aza wyleciała z namiotu, a wszystkie stare cyganki widząc ją tak wystrojoną i piękną, uśmiechnęły się złośliwie, bo wiedziały, co to znaczy, i Aprasz ujrzawszy zdala odchodzącą zżymał się, a usta zagryzł do krwi.
Sama jedna młoda dziewczyna puściła się ku wiosce, znając dobrze którędy od niéj do dworu; a szła jak cyganka, nie powolnym chodem gadziów, ale tym polotnym biegiem włóczęgów, których życie upływa na nogach, w wiekuistéj wędrówce. Pochylona naprzód, z rąbkiem którym wiatr powiewał daleko, zdawała się leciéć bardziéj niżeli iść po ziemi.
Oko wlepiła w niebo, jedną ręką ujęła koniec zasłony, drugą podniosła fartuch i gnała szalona, nucąc jakąś piosenkę.
Dopadłszy do wsi, zatrzymała się nieco, i zdawała się na wpół przypominać, wpół węchem dochodzić drogi, o którą pytać nie potrzebują cyganie; potém brzegiem stawu, ścieżką ledwie widoczną, pobiegła przez ogród do dworu.
Pan Adam ledwie przebudzony, siedział w ganku w szlafroku, z długim w ustach cybuchem; gdy jak sen, jak widmo, skoczyła na schodki, ze schodków przed niego wystrojona dziewczyna, śmiejąc się do rozpuku.
— Ha! ha! — zawołała poczynając taniec swój przed nim od najnamiętniejszych skoków — Raj Adam tęsknił za Azą, Aza za Rajem Adamem, i wróciła do Stawiska! Widzisz, przyszłam znowu poprobować życia z tobą, rzucić ci węgiel za pazuchę i odlecieć jak bociany!!...
Niepodobna wyrazić, jak się zmieniła twarz skamieniała młodego człowieka na widok czarodziejki, tak powoli musiał się ożywiać od toku namiętności i geniuszu, sławny posąg Pigmeliona! Ostygłe oczy poruszyły się, zajaśniały, usta otworzył uśmiech niezwykły, czoło zadrżało jak morze od wiatrów poranku, i pierś żywiéj zapragnęła powietrza...
Nareszcie zerwał się i skoczył ku Azie.
— A! to ty! czyż to być może?
— Ot! ja! ja! paniczu! — odpowiedziała, rzucając mu się wprost na szyję dziewczyna, i paląc go uściskiem szalonym.