— A kto wié? — rzekł dados — tybyś się może jeszcze na moją biédę pomieniał.

— A ty na moją? — spytał młodszy cygan.

— O! nie! — odrzekł dumnie trzęsąc głową dowódzca — jam jeszcze dziś swobodniejszy od ciebie! Chciała ta byńk’a ciaj, chciała gromada, żeby Puza dowodził: niech poprobują, zobaczymy co będzie daléj. Męczą mnie jak mogą, alem ja do pracy przywykł; łają, ale ich nie słucham i śmieję się. Cóż mi tak złego zrobili?

— Jakto? nie przeklinasz swojéj doli? — spytał Tumry.

— Na co tu kląć, gdzie potrzeba cierpiéć! Bukelisom mi nie dokucza (głód), piri (garnek) co rana i wieczora przy ogniu, a pełen; nie jednoż mi wodę nosić i drwa rąbać lub kuć młotem!

— Ale ich słuchać!?

— Prawda — począł stary cygan — temu co rozkazywał całe życie, słuchać zrazu nie lekko; ale jakoś i tego nauczyć się można.

Tumry westchnął.

— A stracić nadzieję, kiedy się ją miało, jak ty coś Azę w ręku trzymał?

Egaszi jest tak gweka (kobieta jest jak wąż) — odparł Aprasz powoli — któż ją kiedy miał w ręku? Trzymasz; aniś się opatrzył jak ci się wyśliźnie i ukąsi.