— Chybaś jéj nie kochał, stary?
— A tyś ją podobno pokochał zapóźno — szydząc odparł zmęczony dowódzca. — Dla mnie to była nie piérwsza miłość; tyś się na swojéj nie poznał, ja tę chorobę nieraz już przebolałem; ty dopiéro na nią chorować zacząłeś. O! o! nie zazdroszczę ci, bo jeźliś ją pokochał, to ci zaleje za skórę.
— To szatan kobieta! (Bynk egaszi) — zamyślony odparł Tumry — któż wié co ona myśli, kto wié kogo kocha, kto powié co zrobi jutro!?
— Jak kobieta — rzekł Aprasz zimno — a któraż z nich inna? — Czy Ranni, czy gdzia (cyganka, czy obca), wszystkie one jednakowe, jednéj matki córki...
— Nie, takiéj jeszcze na świecie nie było!
Aprasz przewrócił się na drugi bok i rozśmiał się głośno.
— Lata do obozu, lata do dworu, wabi kogo spotka, nęci każdego, a z kamienia sama.
— Zachciałeś: młodość w niéj szaleje! Jabym jéj to wszystko darował, gdyby tylko chciała być moją!!
W tych słowach przemawiało samolubstwo starości, która się spodlić gotowa, by jeszcze użyć choć trochę. Tumry porwał się oburzony, nie pojmując tego uczucia.
— Ja! jabym ją za to zabił, gdyby moją była!