— Ha! — wołał sam do siebie — nie ma co myśléć dłużéj: potrzeba skończyć, kiedy tak żyć ciężko.. Widziałem jéj głowę na piersi tego zgniłego trupa, i nie chcę nic widziéć więcéj. Ani mi powrócić do cyganów braci, ani żyć z gadziami, którzy jak psa odpychają. Ot! stryczek na szyję i Bynk’u oddać duszę...
Myśl ta, która już nieraz przeleciała mu przez głowę, teraz w niéj silniéj niż kiedy uwięzła. A życie stało się dlań tak ciężkiém i nieznośném, że daléj dźwigać go nie mógł. Motruny nie kochał, dziécię dlań było obojętne, nędza dojadała, Aza zdradziła; na jutro nic nie zostało, prócz śmierci.
I lżéj mu się zrobiło po tém postanowieniu, jak człowiekowi, który płynąc po długiéj burzy na morzu, nareszcie choć brzeg skały zobaczył.
Uśmiechnął się dziko i schwycił za pas czerwony, który już w myśli za stryczek sobie przeznaczał. Byłto wełniany pas, wysnuty i ufarbowany ręką biednéj Motruny — i żona przyszła mu przezeń na pamięć.
— I jéj téż lżéj będzie, rzekł w duchu: bracia ją przyjmą, dwór i gromada, byle cygana niestało, wykarmią sierot dwoje! I ta nie zapłacze po mnie; na cóż żyć, żeby ludziom ciężyć i sobie!
Obejrzał się po niebie i po świecie, a chmurno jakoś było, i wietrzno, i smutno jak w przeddzień śmierci: w mrokach i we mgłach okolica wydawała się pustą i dziką. Już miał odpiąć pas i sięgał poń szukając okiem gałęzi, choć w około czyste rozciągało się pole, gdy żywy krok dał się słyszéć, i z za pagórka wybiegła pędem lecąc Aza.
Tumry aż odskoczył gdy ją postrzegł, i włos mu się najeżył.
— A ty tu? — zawołała z uśmiechem — chodziłeś widzę do obozu; czyś czekał na mnie?
— Czekałem na ciebie — gorzko odpowiedział cygan — żeby ci w oczy plunąć raz jeszcze, i więcéj nie widzieć!
— Co ci się stało Tumry?