A gdy przyszło w słotę, w burzę i chłód zamknąć się z matką w izdebce, to dziéwczę szczebiotało potém, że i milczącéj Motrunie słowo z ust wyciągnąć musiało, i nieraz wywołało uśmiech, opowiadanie, naukę — lub żale.
Zresztą już Maryś odgadywała cudownie, czego jéj matka dopowiedziéć nie mogła. Biedne kobiécisko tak było życiem znękane, tak cierpiało w sobie, a podnieść się nad boleść swoję nie mogło: że nawet miłość macierzyńska rzadko jéj otworzyła usta, a ze zwiędłych warg zwiędłe ulatywały słowa, nie wiele mogąc nauczyć.
Bo gdy dziecię rade było świat Boży, ptasi, kwiecisty, zielony, widziéć wesoło i jasno; z ust matki same słyszała narzekania, żale, a czasem... czasem nawet przekleństwa. Ta sprzeczność widoku wiosennego ziemi i wiosennego bicia jéj serca ze słowy macierzyńskiemi, długo się w główce dziecka pomieścić nie mogła, i pierwsze dumania zrodziły się ze sprzeczności niepojętéj dla Marysi, któréj sobie rozwiązać nie mogła.
Z jęku matki wyczytała pierwszy raz cierpienie, męczeństwo, boleść, których nigdy nie widziała wśród ulubionych stworzeń, zawsze wesołych aż do zgonu i szczebiocących przy skonaniu; i pomyślała biedna, że albo matka jéj była wyjątkiem, lub może żałość jéj była skutkiem wieku i choroby.
Jéj pojęcie życia tak było fałszywe, tak dziecinne, a tak pierwotne, że gdyby była całą myśl swoję wyspowiadała najzakamienialszemu z ludzi, byłby się nad jéj weselem ufném w dolę i przeszłość rozpłakał łzami krwawemi. Jak ofiara uwieńczona kwiatami szła naprzeciw losu, co ją oczekiwał groźny, nie widząc jeszcze ani noża, ani stosu, ani boleści, co na nią zaczajona czekała.
I rosła tak Maryś z nieopatrzném weselem, którém Bóg ozłaca pierwsze chwile młodości, pierwsze brzaski życia; a Motruna co dzień, co godzina, zdawała się latami starzeć i chylić ku przedwczesnéj mogile. Nie żyła już, dogorywała tylko.
Nawet ukochane dziecię do żywota przywiązać jéj nie mogło; bo sił do niego brakło i z tchem każdym reszty ich ulatywały.
Zimny pot występował na czoło matki, gdy pomyślała, jak swą sierotkę zostawi samą jednę na świecie samiuteńką niebogę; serce jéj biło strachem, ale uścisk serdeczny, którym się wiązała ze swoją dzieciną, zamiast ją ożywić, do reszty osłabiał i w dziwną, pożerającą rzucał gorączkę.
Przychodziło to powoli, nieznacznie i rachując na powolność swéj choroby, łudziła się Motruna nadzieją, że Marysię wychowa, nim oczy zamknie na wieki; ale myliły ją rachuby. Słabość owładła nią niespostrzeżona, zrazu szła żółwim krokiem, potém postępowała coraz chyżéj, coraz szybciéj, aż dnia jednego postrzegła się biédna kobiéta, że już wiadra ciągnąć nie może, że najlżejsza drew wiązka jest dla niéj niepokonanym ciężarem, że samo chodzenie po izbie nuży ją śmiertelnie.
Usiadła na łóżku i zapłakała pocichu. Maryś na wszystko miała oko, ale wycieńczenie matki przypisywała starości tylko, wystawiając sobie Motrunę daleko, daleko starszą niżeli była w istocie; i gdy postrzegła niemoc jéj, wzięła się tylko ochoczo do zastąpienia jéj w pracy.