— O! nie turbujcieżbo się mateczko, — zawołała podskakując do jéj kolan, — wszakci to ja na to rosnę i już cię potrafię wyręczyć. Probowałam dwóch wiader pełnych, i chociaż się trochę zginam pod niemi, ale mi ich podnieść nie trudno; drew i spory oberemek zarzucam jak piórko na plecy... Odpoczywajcie sobie spokojnie, a mnie tylko znaczek dacie, to zobaczycie jak się sprawię.
Szczebiotanie dziecięcia jeszcze gorętsze łzy wycisnęło z oczu biednéj kobiety, która w milczeniu przycisnęła ją do serca.
— Gołąbku mój, gołąbku, — odpowiedziała cichym głosem, — ochoty ci nie brakuje, ale gdzie te siły, któremi się tak chwalisz? Dobrze ci pobawić się z wiadrami, ale dźwigać wodę pod górę, ale przynieść drew z lasu, a! i tyle, tyle ciężkich robót poopędzać koło domu, nie twoją to siłą, nie twoją!
Maryś pokiwała mądrą główką.
— Posłuchajcieno matuniu kochana! — zaśpiewała dziewczyna swym ptasim głosikiem, — wyście to mnie nieraz wieczorami dawniéj rozprawiali różne piękne rzeczy, a ja dobrze je zapamiętałam... Ot! byle kto mocno chciał, zdaje się, to co zamyśli zrobi.
— Moja Maryś, tak w bajce!
— A cóż to bajka matuniu? — to wczorajsze życie.
— Bajka! at sobie wymysł ludzki na pociechę tęsknego żywota... Może tak i bywało dawniéj, ale dziś już tak nie jest: świat taki smutny, ludzie tacy bez litości!
— To tobie się tak zdaje matuniu; a choćby i źli byli, taki cóż? — dobrego obroni przy nim dobra siła, zła siła nic nie zrobi czystemu...
— Daj Boże! a! daj Boże! — i westchnęła biedaczka, bo więcéj wypowiedzieć nie chciała.