Miała na ustach spytać swéj Marysi, coby poczęła gdyby jéj matki nie stało; ale na to brakło odwagi, zasmucić nie chciała dziecka, obawiała się przestraszyć.

Marysia tymczasem naiwnie się cieszyła, że teraz sama matce będzie służyć i gospodarzyć w domu.

Bóg wié co się tam roiło w téj głowie dziecięcéj: — czysta bajka z wieczornicy! Spać jéj nie dawało marzenie, tak pracowała, tak się krzątała ochoczo, tak umiatała chatynkę, tak w niéj już ład i dostatek tworzyła cudem, pełna ufności w Boga i ludzi.

— Już wiém! już wiém jak to będzie, — szeptała przewracając się na twardéj pościołce; — będą ludzie iść z jarmarku, wyjdę sobie na drogę, i stanę i uśmiechnę się i pokłonię: chybaby serca nie mieli, gdyby mi téż który nie podarował choć... jagnięcia, choć koźlątka, choć czarnéj kurki czubatéj. Rozhoduję, będzie za rok cztéry, za dwa lata dużo, dużo — cała trzoda, całe stado... Na wsi przędziwa wiele, ja już umiem prząść i niegrubo, nie radowinę, ale na ośmnastkę, na dwudziestkę. Chybaby Bóg nie łaskaw, żebym na koszulę dla nas nie naprzędła i nie zarobiła to sérka, to jaj trochę, to mąki, to krup, to okrasy... O! to pójdzie... zobaczy matka! A potém przyjdą swaty od najbogatszego we wsi gospodarza, przyniosą matce podarek okrutny, pokłonią się do kolan, pocałują w rączkę... i będzie w cerkwi wesele, będzie dziwować się ludu mnogo; a teść mój matunię umieści jak u Boga za piecem, w ciepłéj, nowéj, białéj chacie; tylko jédz, śpij i używaj!

I tak daleko serdeczném marzeniem leciało dziewczątko, że się już widziało gosposią, matką, siwowłosą staruszką; ogromne pełne zboża zasieki, stajenki pełne bydła, podwórko ptastwem bielejące... i — sen w końcu skleił powieki zwilżone łzą niespokojnéj radości.

Gdy się zbudziła Marysia, ujrzała nad sobą matkę bladą, wyżółkłą, chudą, jakby przez tę jednę noc dziesięć jéj lat przybyło, z kijem w ręku stojącą nad jéj pościołką. Po narzuconéj na plecy świcie, po białym rańtuchu, po starych butach, które na nogi wdziała Motruna; poznała Marysia, że się gdzieś wybiera, i sądząc, że myśli iść po wodę, żywo skoczyła, by ją uprzedzić.

— A dokądżeto? dokąd? matuniu? — spytała przestraszona, — i po co ci wstawać było?

— Leż dziecko, leż, ja na wieś pójść muszę.

— Na wieś? po co? to mnie poślijcie.

— Nie można, serce, nie można gołąbku kochany; pójdę do Sołoduchy, poradzę się jéj na niemoc moję.