— Ja ci tu Sołoduchę sprowadzę.
— Nie, nie! ty się pozostań w chacie: mnie taki saméj trzeba.
— Aleś ty słaba.
— To nic, dojdę o kiju, dojdę... A tobym się rozleżała na nic... Ot zaraz i powrócę...
Marysia chciała się opierać, ale Motruna milcząc drzwi otworzyła i choć chwytając się za ściany i uszaki, szybko wyszła na podwórko.
Dziewczę wyjrzało tylko za nią z bijącém sercem, zawołało jeszcze raz pocichu, i pozostać musiało.
— Otóż kiedy tak! — pomyślała upinając spódniczkę i narzucając fartuch na głowę, bo dzień był wilgotny, — zwinę się i przyniosę wody, rozpalę ognia, przygrzeję juszkę nim matka powróci... Zobaczy, jaka ze mnie gospodyni.
Gdy się tak ochoczo krząta w chatynce, Motruna tymczasem powlokła się do wsi nieboga. A tak to jéj teraz zdało się daleko! Co ujdzie kroków kilkanaście, to stanie i odpoczywa, i wciąga powietrze, jakby go już brakło na świecie; i znów pośpieszy niecierpliwa, a wnet przysiada, bo drżą nogi, bo się w głowie kręci. Idzie tak, idzie do chaty Sołoduchy, bo to stara znachorka i całéj wsi lekarka; ale chata daleko, daleko, na drugim końcu sioła, a sioło wielkie, a droga górzysta.
Młodyby przebiegł w minut kilka, co jéj iść było potrzeba godzinę; dobrze jeszcze, że po drodze to płot, to ścianka, to kamień, to drzewo, oprzéć się lub przysiąść pozwoliły; a i tak ciężko dźwignąć niemocy ciało, które się ołowiem zdaje. Chata Sołoduchy jakby coraz uciekała, ale wreszcie już ją widać: postrzegła wrota i jakoś lżéj na sercu, że choć w drodze nie padnie.
Dwie biedy najprędzéj się jakoś zbliżą do siebie. Sołodusze także świat nie był rajem, choć jéj nędza ani w połowie nie doszła do nędzy cyganichy. Naprzód stara miała męża dziada, ślepego prawda, niezdarę, pijaka, haraburdę, który jéj często gęsto boki łatał i głowy nadszczerbił; ale téż sprytny włóczęga i groszaki przynosił, i nieraz torbę pełną sucharów i wszelakiéj ludzkiéj jałmużny. Miała chatę pilnując wrót na łan i sposób do życia ze swego znachorstwa. Bóg wié jak jéj przyszła ta mądrość: ot tak, po prostu z wiekiem i zmarszczkami. Ten i ów jéj się poradził, pomogła jednemu i drugiemu, zaczęto ją brać do słabych niewiast za babkę, a potém już i febrę i łamanie w kościach, i czego nie nauczyła się leczyć! W ostatku cała wieś innéj nie miała lekarki.